16.11.17

POŻEGNANIE JESIENI



Czekałam na tę sesję ponad tydzień i z każdym kolejnym dniem zbliżającym mnie do spotkania mój stres odnośnie pogody wzrastał. Bałam się, że będzie zimno, brzydko i mokro, co skutecznie pokrzyżowałoby nasze plany. Gdy dzisiaj rano się obudziłam, spoglądając za okno - wpadłam w euforię. Wprawdzie mgła była potężna, ale po dojechaniu na miejsce prawie tarzałam się ze szczęścia w liściach. Mgła, przebijające się przez nią piękne słońce i przyjemny chłód, pozwalający na poruszanie się bez kurtki. 

14.11.17

KĄCIK FILMOWY | Październik



Uznałam, że otworzę nowy dział na blogu dotyczący filmów. O książkach nie będę pisać, może sporadycznie, gdyż takich blogów jest pierdyliard, a ja w ostatnich tygodniach mało czytam. Jak już mam chwilę to od razu ładuję się przed telewizor z paczką popcornu wchodzącego w zęby czy paluszkami, które potem mam pokruszone po całym łóżku. 

13.11.17

Every day is a fresh start

Za oknem zimno, brzydko, pada deszcz. Siedzę z kawą w swoim ulubionym kubku w kropki, który dostałam od rodziców i zastanawiam się co robić. Mam jeszcze dwie godziny do wyjścia z domu, ale mam ochotę coś porobić. Mam tyle rzeczy, które chciałabym zrobić, że nie umiem się zdecydować i od pół godziny plątam się po internecie jedynie. 

2.11.17

Co robię, gdy mnie nie ma?


Mam dosłownie 10 minut na napisanie do Was czegokolwiek. Ostatnie dni lecą jak szalone, mamy już listopad, a jak dobrze wciągniemy powietrze, to do noska dociera zapach mandarynek, na wystawach pojawiają się świąteczne ozdoby, niedługo w tv poleci Kevin, a renifery zastąpią znicze. Cieszę się. Czekam, aż rok się skończy i będę mogła rozpocząć swoje plany. Póki co, nareszcie mam czas, aby coś zrobić w przygotowaniu się na rozpoczęcie 2018 roku z hukiem. Oczywiście, podzielę się z Wami moimi planami, ale jeszcze nie teraz - dopiero, gdy wszystko będzie gotowe. 

Czeka mnie istny maraton na uczelni, w pracy też. W końcu zaczęłam organizować sobie czas wolny i wzięłam się za naukę angielskiego od podstaw. Do tego szykuję kilka sesji zdjęciowych, zobaczymy pod koniec miesiąca jakie będą efekty. Powinnam też skończyć pisanie swojego opowiadania, które od miesięcy prosi się o ostatnie rozdziały. Na szczęście w listopadzie mam super grafik, umożliwiający mi zrobienie wszystkiego co zamierzam. 

Zaraz ucieknie mi autobus do pracy, także zostawiam Was z linkiem do mojej strony internetowej poświęconej fotografii. Zachęcam Was do odwiedzin i wyrażania szczerej opinii. 


UWAGA! Szukam chętnych osób do darmowych sesji zdjęciowych!
Najlepiej na terenie Tychów | dojadę również do Katowic, Sosnowca, Jaworzna. 

💗💗💗



21.10.17

Wycieczkowo | Babia Góra #2

Dwa tygodnie po wycieczce w końcu mam czas dodać drugą część relacji z Babiej Góry. Tym razem kolej na wersję zimową. Nie ukrywam, nie spodziewałam się takich warunków na szczycie, pierwszy raz byłam w górach o tej porze i pierwszy raz wspinałam się po oblodzonych skałach, ubrana jak Eskimos i z kamieniem w żołądku ze stresu, bo wiatr był tak silny, że mnie spychało ze szlaku. Wiele razy wyrwało mi torbę z aparatem, ciągnąc mnie we wszystkie strony. Parę razy niemal straciłam równowagę i wpadałam w dziury między skałami, ale udało się dotrzeć na szczyt. Przez pierwsze kilka minut nawet nie wiedziałam, że to już koniec, bo mgła była tak potężna, że widoczność sięgała zaledwie 3, może 4 metrów. Zresztą - na zdjęciach zaraz to zobaczycie. 
Schowaliśmy się za murem, aby odsapnąć i coś zjeść. Byłam nieco wyrwana z rzeczywistości, więc nie do końca do mnie docierało co się dzieje. Może minęło z 10 minut, gdy nagle zaczęło się przejaśniać. Mgła zniknęła, chmury się rozpłynęły, pojawiło się nawet słońce. W ułamku sekundy pogoda zmieniła się o 180 stopni, sprawiając że prawie mi serducho pękło z ekscytacji. Porzuciłam kanapkę z kotletem i ślizgając się po lodzie jak upośledzona baletnica, latałam z jednego punktu do drugiego pstrykając zdjęcia jak wariatka. 

Powrót był lżejszy. Już nie było mgły, słońce grzało, jedynie wiatr był wciąż silny i spychał mnie ze skał, bo wiał prosto w plecy. Parę razy wylądowałabym zębami w ziemi, na szczęście obeszło się bez większych wypadków. Koniecznie musicie się wybrać na Babią Górę, jeśli jeszcze nie mieliście okazji. 

Polecam kliknąć na zdjęcie i oglądać w większym rozmiarze :) 


17.10.17

Październik w obiektywie #2

Mam trochę blogowych zaległości, ale poprzedni tydzień to była praca, praca, praca. W weekend z kolei byłam na uczelni i spędzałam niedzielę z mamą, także jakikolwiek wpis na bloga po prostu wyparował. W kolejce wciąż czeka druga część z wycieczki na Babią Górę, gdzie dopadła nas sroga zima, a w sobotę będzie już kolejny wyjazd, także postaram się to nadrobić około piątku. 

Dziś przychodzę do Was z kilkoma fotkami z dzisiejszego spaceru. Przyszła w końcu cudowna, ciepła, kolorowa jesień. Z pracy wracam piechotą, rozkoszując się każdym liściem. Jestem zachwycona! Miałam dzisiaj w planach zdjęcia typowo jesienne, ale zachód słońca nad jeziorem zdecydowanie wszystko zdominował. 

W ciągu kilku najbliższych dni otwieram również swoją nową stronę z fotografią. Od jutra rozpoczynam sesje portretowe, także będzie można w końcu obejrzeć moje zdjęcia nie przedstawiające samych krajobrazów, makro czy innych robaczków. Póki co, męczę się nad nazwą! 

Zostawiam Was teraz ze zdjęciami, poczujcie ten klimat. 


8.10.17

Wycieczkowo | Babia Góra #1

Pomimo mało sprzyjającej pogody nie zrezygnowaliśmy z wycieczki w góry. Cały tydzień czekaliśmy na nią, aby oderwać się od natłoku pracy czy uczelni. Mieliśmy wyjechać o siódmej rano, ale tak się dziwnie złożyło, że o siódmej to dopiero się obudziliśmy, więc nasza podróż miała godzinne opóźnienie. Deszczyk lekko siąpił, co jakiś czas wyszło słonko. Generalnie przez pierwszy odcinek drogi, powiedzmy pierwsze 3 godziny - padało niemal cały czas, ale na tyle lekko, że nie było to w żaden sposób uciążliwe. Mieliśmy kurtki, czapki, kaptury, także pogoda nie mogła nas zaskoczyć ( tak nam się wydawało, póki nie wdepnęliśmy w śnieg, śnieżycę i mgłę, gdzie widoczność była niemal zerowa! Ale o tym później ). Byłam zachwycona szlakiem. 

Post musiałam podzielić na dwie części, jesienną i zimową. Rozdzieliłam zdjęcia, mam nadzieję, że spodobają Wam się tak jak mnie, bo jestem wyjątkowo z nich zadowolona. Widoki na żywo były o niebo piękniejsze, także zachęcam do wycieczki. Babia Góra nazywana jest Królową Beskidów i wznosi się na ponad 1700 m. n. p. m. Gwarantuje przepiękne widoki, a jeśli chodzi o sam szlak - wcale nie jest taki trudny. A przynajmniej ten, którym my podążaliśmy. Jest jeszcze szlak prowadzący przez skały i łańcuchy, ale zrezygnowaliśmy z niego ze względu na pogodę. 

4.10.17

Październik w obiektywie #1

Jesienny chłód powitał nas razem z nadejściem kolejnego miesiąca i nawet, gdy świeci słońce to czuć już powiew zbliżającej się zimy. Zdecydowanie uwielbiam ten moment w roku, chyba nawet bardziej niż wiosnę. 

Pomimo deszczowego tygodnia, wczoraj udało wyjść mi się z domu, zrobić parę zdjęć. Nic szczególnego, nic konkretnego. Ale takich póki co mam najwięcej. Na szczęście w sobotę wybieramy się na Babią Górę to liczę, że przywiozę mnóstwo pięknych fotek. Oby tylko pogoda nam dopisała i nie padało, bo zimno może być. 

Jutro mam kolejną rozmowę o pracę, jako pracownik biurowy w dużej firmie finansowej. Na szczęście stanowisko to nie wymaga kontaktu z klientem, a jedynie z bankami i samą dokumentacją. Nie znalazłam żadnych tragicznych opinii na ich temat w porównaniu do trzech poprzednich firm, gdzie mnie zaproszono ostatnio. Nie nastawiam się w żaden sposób do tej rozmowy, jestem jedynie ciekawa co oferują. Odezwali się po miesiącu od otrzymania CV i nie wiem czy tak długo trwa u nich rekrutacja, ktoś im się nie sprawdził czy może jednak chodzi o same warunki wewnątrz firmy. Póki mam pracę to nie jestem zdesperowana, więc jeśli faktycznie nie zaproponują czegoś konkretnego to sobie odpuszczę. Wolę nie ryzykować, zwłaszcza przed świętami. 

Za chwilę zbieram się do pracy z nadzieją, że szybko minie dzisiejsza dniówka, a Was zostawiam z wczorajszymi fotkami. 


2.10.17

IV kwartał - postanowienia

Nawet nie wiem kiedy uciekł mi ten rok. Wyjątkowo nie żałuję - w porównaniu do poprzednich lat, ten jest wyjątkowo potworny i naprawdę pragnę, aby już się skończył. Wręcz nie mogę się doczekać sylwestra, aby móc pożegnać 2017 i pozdrowić go środkowym palcem. Wiem też, że moim jedynym postanowieniem noworocznym będzie niedopuszczenie, aby kolejny rok był równie do dupy co obecny. 



Pomimo mojej miłości do jesieni, chwyciła mnie chandra. Ale nie przez pogodę - przez wszystko co dzieje się wokół mnie. Niespecjalnie wychodzą mi zmiany i plany, które chciałam wdrożyć w życie. Każdy mój dzień to lawina monotonii, odkładania wszystkiego na potem i bezmyślnego marnowania czasu. Nie mogę się zebrać w sobie, stanąć na nogi i powiedzieć, że dam radę. Bo w tej chwili wydaje mi się, że nie dam rady dojechać do pracy, aby się w połowie trasy nie rozpłakać z żalu nad sobą. 

Na ten ostatni kwartał roku mam jednak postanowienia. Nie wiem czy uda mi się je spełnić, mając na uwadze z jaką elegancją spieprzyłam wszystkie moje dotychczasowe plany. Być może te trzy miesiące zmarnuję identycznie, a być może coś się we mnie zmieni i uda się osiągnąć chociaż połowę tego co bym chciała. Ale będzie ciężko, jeśli nie wierzę w siebie. 

  • fotografia - chcę zająć się tym na poważnie, ale moja wiedza jest na bardzo niskim poziomie. Chciałabym zmobilizować się do większej pracy, zbudować portfolio. 
  • język obcy - mój angielski to porażka, a hiszpańskiego nie tknęłam od lipca. A może czerwca? Dzisiejszy rynek pracy wymaga od nas znajomości co najmniej angielskiego, więc muszę w końcu coś z tym zrobić, bo nie znam nawet podstaw. 
  • praca - zmienić? rzucić? Zmienić nie ma na co, a rzucić nie mogę, bo pójdę pod most. Od dwóch miesięcy rozważam wszelkie opcje własnej działalności, ale ciężko mi cokolwiek zrobić w tym kierunku. Stoję w miejscu. Daję sobie czas do końca roku na rozwinięcie czegoś.

Wszystko jest do zrobienia. Nie wymyśliłam sobie niczego, czego nie byłabym w stanie zrobić. Potrzeba jedynie silnej woli i umiejętności wytrwania w tych postanowieniach, co jest dla mnie o wiele trudniejsze na obecną chwilę. Potrzebuję wsparcia. 



29.9.17

Powitanie jesieni

Od zawsze uwielbiałam jesień i niesamowicie się cieszę, że już nadeszła. Widok kolorowych drzew, opadających liści czy ich szelest pod stopami, gdy wracam z pracy sprawia, że od razu mój humor skacze w górę. Z przyjemnością ubieram swetry, kurtkę czy grubszą bluzę. Mam ochotę spacerować cały dzień. Na szczęście dostałam w październiku trochę wolnego, więc będę mieć nareszcie okazję wykorzystać piękno jesieni i utrwalić ją na zdjęciach. Myślałam nawet na jakimś fotograficznym projektem jesiennym, ale nie wiem czy byliby chętni. Co o tym myślicie? 

Póki co zrezygnowałam ze zmiany pracy. Pozostanę w empiku do końca roku, bo przynajmniej mam stałą posadę, lubię tę pracę i znajomych. Poza tym idzie sezon świąteczny i nie mam pewności kto potrzebuje pracowników na stałe, a kto na ten krótki okres, a nie chcę ryzykować i zostać po świętach bez niczego. Empik ma swoje wady, denerwuje mnie sposób w jaki się tam zarządza, ale lepsze to niż wymyślanie czy kombinowanie jak osioł. Poza tym... trzeba skorzystać ze zniżek pracowniczych na świąteczne prezenty! 

Wybraliśmy się wczoraj na króciutki spacer, pstryknęłam parę zdjęć, ale zaczynało się robić ciemno i zimno, a moja druga połówka już mi marudziła. Mam cały wolny weekend, więc może wyciągnę kogoś na spacer i nadrobię jesiennych zdjęć. A póki co uciekam pisać opowiadanie i grać! 






8.9.17

Spacerowo | Gdańsk

Urlop minął szybciej niż mogłabym się spodziewać. Niestety pogoda była tylko przez pierwsze parę dni, drugą część wczasów spędziliśmy na oglądaniu serialu i krótkich spacerach po Łebie, zanim nie dopadł nas deszcz. Nieco żałujemy, że wybraliśmy morze zamiast góry - byłoby o wiele ciekawiej nawet w brzydką pogodę. 

Wracając do domu zatrzymaliśmy się w Gdańsku - mieście, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia i zdecydowanie walczy w moim sercu o podium z Poznaniem. Nie przeszkadzały mi nawet tłumy turystów, deszcz ani chłód. Nie mieliśmy za wiele czasu na zwiedzanie, także pospacerowaliśmy zaledwie dwie godziny, po czym zmuszeni byliśmy ruszyć w dalszą drogę. Aczkolwiek obiecałam sobie, że przy najbliższej okazji wrócę tam, aby zobaczyć całe miasto. 

Zostawiam Was ze zdjęciami, które jak zwykle ani trochę mi się nie podobają, ale będą na pamiątkę. A ja powoli idę się szykować, bo rano jedziemy do bliskich znajomych na działkę  - grill, ognicho, cisza i spokój. Idealne zakończenie urlopu. 






4.9.17

EMPIK JAKO PRACODAWCA - oczekiwania vs. rzeczywistość



Na początku mojej pracy w empiku byłam zachwycona. Kokosy jakie obiecywali niemal spadały na mnie gdziekolwiek nie spojrzałam. W maju pisałam również post o tym na jakich warunkach zostałam przyjęta. Po kilku miesiącach pracy tam mogę śmiało powiedzieć, że to co było a to co jest obecnie to dwie różne sprawy. Ci z Was, którzy obserwują mnie na twitterze bądź mają ze mną stały kontakt poza blogiem wiedzą co mam na myśli - a tym, którzy są tutaj pierwszy raz lub wpadają od czasu do czasu, zaraz wszystko wyjaśnię. 

  • ELASTYCZNE GODZINY PRACY - były, owszem. W pierwszym miesiącu pracy, gdy byłam uczona obsługi kasy oraz podstawowych zadań, które musi posiadać nowo przyjęty pracownik. Od następnego miesiąca mój elastyczny grafik zamienił się w "musisz być i koniec, nie ma nikogo innego". Były nawet problemy, aby dostać wolne na egzaminy w trakcie sesji, bo 95% pracowników to studenci i nagle zrobił się kłopot, bo każdy potrzebował mieć wolne. W sierpniu praktycznie nie bywałam w domu, faceta widywałam okazyjnie wieczorem, gdy odbierał moje zwłoki z pracy po całym dniu ciągłej bieganiny. W empiku nawet na kasie nie masz szans usiąść - jeśli trafi Ci się 10 godzinna zmiana na kasie, musisz stać. Bo to nieładnie siedzieć, gdy na salonie jest klient. W każdym miesiącu jest możliwość wybrania sobie 4 dni, kiedy chcesz mieć wolne i muszą Ci je dać. Niejednokrotnie zdarzyło się, że dostałam grafik, dzień wolny sobie zaplanowałam, po czym kazano mi przyjść do pracy ze słowami "tego dnia nie wybierałaś jako wolny, więc masz być". Po prostu dyrekcja wychodzi z założenia, że nawet jak masz dzień wolny to jesteś do ich dyspozycji przez 24h. 
  • ZNIŻKA 25% NA ZAKUPY DLA PRACOWNIKÓW - pracuję tam 5 miesiąc i swojej karty nie widziałam po dzień dzisiejszy. Na początku mówiono, że trzeba czekać od miesiąca do trzech, aby Centrala wygenerowała moje dane i przysłała kartę. Potem się dowiedziałam, że kartę dostają osoby zatrudnione tylko na umowę o pracę, bo zmieniły się przepisy. Chociaż koleżanka pracująca miesiąc dłużej, swoją kartę ma. Gdy zapytałam kolejny raz o to dyrekcję - nikt nic nie wie - dowiedzą się. Obawiam się, że szybciej się zwolnię niż dostanę kartę pracowniczą. 
  • KARTA MULTISPORT - gdy przyjmowałam się do empiku, była informacja o możliwości otrzymania multisporta. Nie dajcie się nabrać - nie ma takiej możliwości. Kierowniczka na moje pytanie o to była szczerze zdziwiona i no wiecie - dowie się
  • UMOWA O PRACĘ - gdzieś tam nade mną wisi ta umowa, chociaż dyrekcja usilnie walczy, abym jej nie chciała. Na ostatniej pogadance kierowniczka za wszelką cenę usiłowała mi wmówić, że zlecenie jest dla mnie lepsze i pełnego etatu nie pogodzę ze studiami. W tym miejscu chciałabym przypomnieć, że moje studia to dwa zjazdy w miesiącu, zupełnie nie kolidujące z moją pracą. Na dodatek pełen etat niczym nie różni się od mojego 3/4 etatu, skoro wyrabiam o wiele więcej godzin, a nie posiadam żadnego zabezpieczenia w formie umowy o pracę, a mój urlop to nic innego jak dni wolne, za które nikt mi nie zapłaci. Kierowniczka chciała mnie namówić, abym została na umowie zlecenie do końca studiów. Żartownisia, za stara jestem na takie bajery. 
  • SUPER EKIPA - tu wiadomo, wszystko zależy od tego na jakich ludzi trafisz. U mnie na początku wszystko było cacy, a towarzystwo to sama śmietanka. Do czasu, gdy dowiadujesz się, że za Twoimi plecami się z Ciebie śmieją, krytykują i skarżą u dyrekcji za coś co sami spieprzyli ewentualnie coś co nie jest zupełnie Twoją winą. Gdy w lipcu zmarł mi ukochany pies po 13 latach i wręcz wymusiłam dzień wolnego, zostałam wyśmiana, bo "ojej, zdechł jej pies to nie pracuje hahahaha". A następnego dnia jedna z nich przyszła do mnie pożyczyć torebkę. 
  • SPRZEDAŻ PRZYKASOWA - cisną tym jak moherowa babcia wózkiem w biedronce, gdy wydaje jej się, że jak Ci wsunie koszyk w dupsko to szybciej zostanie obsłużona. Co z tego, że po dwóch tygodniach już zostało samo gówno przy kasie, zabawki dla dzieciaków, które ciężko zaoferować osobie w średnim lub zaawansowanym wieku. Każdego dnia otrzymujemy ten sam stek idiotycznych pogadanek, zmuszanie i trucie tyłka. Nawet, gdy klient ma odliczoną gotówkę, spieszy się, ma w dupie nasze super promocje i ma ochotę mnie zabić wzrokiem - nie ma zmiłuj. Mam obowiązek wstrzymać obsługę, pokazać mu dwa wybrane produkty i opowiedzieć o nich. Oczywiście, w praktyce ciężko to wykonać, jednak kierowniczka nie do końca to rozumie. 
PODSUMOWANIE: mając na uwadze jak bardzo skrytykowałam pracę w empiku - lubię ją. Naprawdę lubię tę pracę. Problemem nie są zabawni klienci szukający u nas materaców do wody czy tamponów, koledzy robiący Ci koło dupci, gdy nie patrzysz. Największym minusem jest dyrekcja, która w przypadku mojego salonu jest zupełnie nieodpowiedzialna i niekompetenta. Kobieta pracująca z nami nie ma zielonego pojęcia o tym jak zarządzać ludźmi oraz ich obowiązkami. Dziwi ją, gdy proszę o mniej godzin w miesiącu, ponieważ nie mam czasu odpocząć, spędzić czasu z rodziną czy najnormalniej w świecie wyjść na spacer lub poczytać. 

Oczywiście nie mówię, że w każdym empiku jest identycznie. Być może Ty wybierając się do pracy w tej firmie trafisz na zupełnie inne kierownictwo, a grafik będzie idealnie pod Ciebie dostosowany. Trzeba jednak pamiętać, że miła atmosfera to nie wszystko, warunki też muszą być odpowiednie. 

1.9.17

Spacerowo | Słupsk

Chmury i zimno za oknem zmieniło nam nieco plany. Wypad na plażę odpadł, bo przecież do wody nie wejdziemy, a siedzieć w piachu w taką pizgawę to żadna przyjemność. Po długich rozmyślaniach doszliśmy do wniosku, że podjedziemy do najbliższego miasta na spacer, obiad i obkupienie się w najnowsze magazyny biznesowe, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nawet w czasie urlopu nie odwiedziła empiku. 

Słupsk odwiedzałam drugi raz w życiu. Za pierwszym razem miałam może z osiem lat i byłam tam na wakacjach z chrzestnym. Od tego czasu minęło szesnaście lat, więc jeżdżąc po mieście zastanawiałam się czy cokolwiek sobie przypomnę z tamtego okresu. Nope. Każde miejsce było dla mnie zupełnie obce, ale zapewne wiele się też zmieniło od mojej ostatniej wizyty. 

Nie zwiedziliśmy całego miasta, bo i czas mieliśmy ograniczony. Pospacerowaliśmy trochę po centrum, napstrykałam mnóstwo brzydkich zdjęć, bo wena opuściła mnie razem z piękną pogodą, także nie oczekujcie zbytnio cudów po załączonych do postu fotografiach. Generalnie miasto bardzo ładne, dużo parków i ciekawa architektura. Tylko ludzie wydawali się tacy dziwni, a na każdym rogu napotykałam gromadki osiedlowych dresów. Być może takie moje szczęście, że wszędzie trafiam na Januszy Biznesu ( Dres A próbował wmówić Dresowi B, że za colę 0.5l zapłacił 16 zł i nie ma dla niego reszty ). 

Do końca urlopu pozostało nam jeszcze 5 dni. Pogoda ma być nadal brzydka, więc musimy jakoś zaplanować sobie ten czas, aby nie zmarnować urlopu. Pozostawiam Was teraz z moimi paskudnymi fotkami i uciekam spać.




31.8.17

Łeba | part 2

Pogoda dopisywała równe pięć dni. Temperatura ponad 24 stopnie, mega słońce i niemal puste plaże. Zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę do Jastrzębiej Góry, zjedliśmy najgorszego kebaba w życiu, a potem wróciliśmy do Łeby dochodząc do wniosku, że jest o wiele ciekawsza niż odwiedzone miasteczko. 

27.8.17

Łebskie wakacje | Dzień pierwszy

Łeba powitała nas okrutną ulewą i deszczem. Byłam na to jednak przygotowana, więc chwilowe załamanie pogody nie wytrąciły mnie z równowagi, a zanim przestało padać - zdążyliśmy odespać podróż. Pokoik mamy malutki, ale ładny i przyjemny, z własnym balkonem. Pensjonat znajduje się na obrzeżach miasta z dala od zgiełku i turystów. Do plaży mamy może 10 minut samochodem lub 40 minut spacerkiem. Na poznanie okolicy wzięliśmy jednak auto, bo nie wiedzieliśmy w którą stronę się udać na obiad. Knajpy znaleźliśmy szybko, ale z parkingiem było gorzej. Pomijam fakt wolnych miejsc, ale wszystkie WSZYSTKIE parkingi były płatne, nawet te pod samymi restauracjami. Wiadomo, normalna rzecz, jednak wydawało mi się, że pod knajpą nie powinno się już płacić za parkowanie. Może to tylko moje zdanie, aczkolwiek udało nam się, bo przy parkomacie okazało się, że płaci się tylko od poniedziałku do piątku, weekendy za friko. 

17.8.17

Trochę magii w codziennych zdjęciach, czyli soczewki makro


Od zawsze uwielbiałam zdjęcia makro. Już jakie dziecko biegałam i fotografowałam robaczki czy przeróżne kwiatki, a moje dzieła namiętnie zbierałam na dysku. Pech jednak chciał, że nikogo te fotki nie interesowały poza mną, a ich jakoś miała wiele do życzenia. Wiadomo, jakość lodówki. Im stawałam się starsza, tym bardziej zagłębiałam się w swoje uwielbienie do zdjęć.

2.8.17

Wielkie odliczanie

Po wielu godzinach, które mogłam wykorzystać o wiele lepiej - znalazłam w końcu zadowolający mnie szablon. Nie wiem na jak długo zagości u mnie, ale Ci co mnie znają pewnie już szyderczo chichoczą pod nosem dając mi maksymalnie tydzień. Ja daję sobie o wiele dłużej. Zakład? 

Lipiec zamknęłam na kłódkę, nie chcę do niego wracać w żaden możliwy sposób. Teraz jedynie chcę przetrwać najgorsze zmiany w pracy do 12 sierpnia, a potem już poleci ekspresem i od 25 urlop! Moje myśli od rana do wieczora krążą wokół wyjazdu, morza, piasku i mnóstwa wakacyjnych zdjęć. Aż mi się dupsko pali z ekscytacji. 

W poniedziałek nareszcie wróciliśmy na siłownię. Brakowało mi tego klimatu, bólu mięśni i pozytywnego zmęczenia. Na nasze szczęście nasza ulubiona siłownia przedłużyła godziny pracy do 23, więc mogę spokojnie po pracy jeszcze jechać. A jednak po 21 jest o wiele mniej ludzi i nie trzeba się stresować, że do jakieś maszyny jest kolejka. Pewnie do wyjazdu jakoś niespecjalnie schudnę, ale może poprawię swój wygląd na tyle, że nie będę przed każdym zdjęciem panikować ej, z drugiej strony, nie wyjdę tak grubaśnie albo o matko, ale wielkie dupsko, zrób jeszcze raz, dobrze stoję? nie, do dupy. znaczy no, dupsko wielkie, stań tam. a nie, tam. nie lepiej tu? Muszę jeszcze dokupić sobie jakąś ładną zwiewną i długą sukienkę. No dobra, krótkie spodenki czy parę topów też by się przydało. No bo nie mam się w co ubrać

30.7.17

Goodbye july

Marzę, aby ten miesiąc się skończył. Po śmierci ukochanego psa zaledwie 10 dni temu myślałam, że nic gorszego się stać nie może. Myliłam się. Wczoraj straciliśmy jednego z dwóch kotów. Gdy rano zauważyliśmy jego przyspieszony oddech i dziwne zachowanie, natychmiast pojechaliśmy do weterynarza. Najpierw jeden, potem drugi, cały dzień w klinice. Nie udało się. Hapi zmarł po kilku godzinach ciężkiej walki z płynem w płucach. To niesamowity ból, gdy w ciągu paru godzin tracisz kolejnego zwierzaka. Dzień wcześniej biegał i szalał, a nad ranem walczył o życie. 

Jestem rozbita. Nie wiem co się dzieje. Cały ten rok od początku jest lawiną kłopotów, cierpienia, łez. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo boję się kolejnych miesięcy. A co, jeśli to nie koniec pechowych i bolesnych chwil? Co nas czeka jeszcze? Czuję się fatalnie, nie mogę sobie poradzić. 

Początek sierpnia wcale nie będzie łatwiejszy. W ciągu pierwszych dwóch tygodni miesiąca mam zaledwie dwa dni wolnego, nie będę mieć czasu na nic ani dla nikogo. Empik mnie pochłonie i zaczynam mieć niesamowitą niechęć do chodzenia tam. Na samą myśl mam ochotę się rozpłakać. Czwarty miesiąc pod rząd mam zmiany do 21, a we wtorek czeka mnie 11 godzin w pracy, na nogach. Usiąść sobie możemy na przerwie, na 15 minut. I to też nie zawsze. Tłumaczę sobie, że to ostatnie trzy tygodnie, potem urlop i zmiana pracy. Ale mimo wszystko - to będą ciężkie trzy tygodnie. 


27.7.17

28 days

Myśl o wakacjach dodaje mi siły. Tyle lat nie byłam nad morzem, że teraz na samą wzmiankę o tym kicam z radości jak dziecko. W ciągu ostatnich czterech czy pięciu lat jeździłam tylko w góry, a nad morzem byłam ostatni raz w wieku 18 lat i to za granicą. Bałtyk widziałam uwaga - 3 razy w życiu i tylko raz nie byłam tam przejazdem. Ale będąc wtedy małą wypierdką, nie wiele pamiętam z tego wyjazdu. Dlatego, gdy nie wypaliły nam w tym roku wakacje w Chorwacji, od razu zarezerwowaliśmy hotel nad polskim morzem. Już widzę siebie na plaży o zachodzie słońca z butelką somersby w łapkach. Aż chce się żyć. Tylko do pracy nie chce się iść.

W pracy sajgon i wojny o grafik sierpniowy. Jak zwykle dyrektorka popłynęła w siną dal, a my dostajemy białej gorączki, bo jeśli myśleliśmy, że czerwiec był ciężki to sierpień sięga zenitu. Pierwsze dwa tygodnie to jakiś zupełny szał, w domu będę okazyjnie, na noc jak w hotelu. Ale próbuję się pocieszyć, że to ostatni miesiąc, bo po urlopie zamierzam opuścić empik. Szkoda mi będzie odchodzić od tak super ludzi, ale nie mam wyjścia. Czas się ustabilizować i wrócić do pracy w zawodzie albo przynajmniej do odpowiadającej moim studiom. Empik nie oferuje jednak za wiele, a nie będę tracić czasu na taką pracę, skoro mogę iść i rozwijać się gdzieś indziej. Za lepszy hajs.

Także ten, 28 dni do wakacji. 
Wytrzymam!


22.7.17

"Słowa nie od­dają te­go, ile waży strata"

Ciężko coś mi napisać. Bywam tu każdego dnia, a jednak nie umiałam z siebie nic wydobyć. Trudne i smutne dni za mną. Jeszcze trochę ich przede mną. Lipiec miał być spokojnym, pełnym relaksu miesiącem. W zamian większość czasu spędzam w pracy, ciągle źle się czuję, a parę dni temu po zawziętej walce, odszedł mój ukochany psiak. Tym trudniej było cokolwiek napisać, gdy w głowie ciągle szumiały wspomnienia i smutki. 

Do urlopu zostało 35 dni. No, może 33 - jeśli dostanę dodatkowe dwa dni wolnego przed wyjazdem, o co się staram. Plaża w Łebie wzywa mnie całą sobą. Już czuję te ciepłe wieczory przy zachodzącym słońcu, z butelką dobrego piwa i ukochanym tuż obok. Oboje potrzebujemy takiej odskoczni, odłączenia się od codzienności. Trzeba zresetować system, aby po powrocie móc powrócić do rzeczywistości. 

Niestety przez ostatnie wydarzenia, wszystko stanęło w miejscu. Nie czytam książek, nie oglądam filmów, nie mam natchnienia do pisania opowiadania czy nauki hiszpańskiego, którą niedawno rozpoczęłam i całkiem nieźle mi idzie. Zdecydowanie lepiej niż angielski, na szczęście. Być może nie jestem takim językowym beztalenciem jak mi się wydawało. 

Wieczór zamierzam spędzić na rowerze, od miesiąca nie miałam czasu pojeździć. Dziś w końcu pojadę nad jezioro, wypiję za mojego pieska i spędzę czas poza domem. Obiecuję, że kolejny post będzie o wiele weselszy, muszę tylko wypłakać wszystkie smutki. 


28.6.17

Szczyrk | Klimczok

Wykorzystując w końcu wolny dzień, wyciągnęłam Pawła w góry. Niesamowicie potrzebowałam wyrwać się z domu, odpocząć od empiku i drących się pod oknem dresiarzy. Żałuję jedynie, że ten dzień tak szybko minął. Ale z wolnym już tak jest, mija sto razy szybciej niż zwykła dniówka w pracy. 

Z racji, że na Skrzycznym już byliśmy, zdecydowaliśmy się wybrać na Klimczok. Wprawdzie trasa nie była jakoś szalenie pociągająca, widoki ładne, ale mnie osobiście dupska nie urwały, mimo to cieszyłam się, że tam jesteśmy. Turystów było wyjątkowo mało, praktycznie w ogóle, także otaczała nas cisza i spokój. 

A dzisiaj wyjątkowo to Paweł narzeka na ból wszystkiego. Mnie wczoraj dopadł ból stopy i obu kolan, na szczęście rano czułam się jak nowa. No prawie, bo deptanie po twarzy od 5:00 przez diableskiego kota nie można nazwać relaksującym... 



25.6.17

#6

Praca w empiku coraz bardziej daje mi w kość. Przynajmniej w tym miesiącu, istne szaleństwo. Możnaby śmiało powiedzieć, że w czerwcu więcej czasu spędziłam w salonie niż we własnym mieszkaniu, a Pawła widywałam w nocy. Mam cichą nadzieję, że w lipcu trochę się to unormuje, bo wszyscy już zakończyliśmy sesję i nie będzie problemów z dostosowaniem wolnych dni. 

Jutro miałam mieć rozmowę o pracę na stanowisko sekretarki w jakimś nowym biurze w Tychach, ale po długich rozmyślaniach uznałam, że nie ma sensu znowu kombinować. Praca w empiku mi się podoba, mam świetnych znajomych, zaplanowany urlop i dostęp do zniżek. Dziewucha, z którą miałam spięcia na każdej zmianie zrezygnowała z pracy, więc moje życie zalane zostało tęczą i jednorożcami, a ja przejęłam po niej cały dział książki. Poza tym, nie każdego dnia ma się okazję spotkać kobietę, która przychodzi do empiku kupować pastę do zębów. Oczywiście, umowa zlecenie i ciągłe zmiany w grafiku to ogromny minus tej pracy. Doszłam jednak do wniosku, że najnormalniej w świecie nie chce mi się zmieniać kolejny raz pracodawcy, bo równie dobrze mogę trafić w gorsze miejsce i płakać non stop jak w poprzedniej firmie, gdzie robili ze mnie byle co. Obiecałam sobie, że dopiero po powrocie z urlopu zacznę rozglądać się za czymś konkretnym, już w moim zawodzie. No chyba, że zaproponują mi umowę o pracę w empiku. Wtedy będę się zastanawiać. 

Powoli wracam też do czytania. Coraz więcej wolnego czasu poświęcam na książki, pisanie i spędzanie czasu w sposób inny niż odświeżanie twittera co pięć minut. Od lipca zamierzam też przysiąść do angielskiego, nie można być przecież wieczną łopatą. Egzamin z angielskiego na studiach zdałam tylko dlatego, że babka testy drukuje z internetu, a my jeszcze przed zajęciami z nią mamy je rozwiązane. #studiamocno 


21.6.17

Wycieczkowo | Warszawa

Nigdy nie lubiłam Warszawy. Nie czułam ani grama chęci, aby tam pojechać. Nawet jadąc na koncert Block B., nie byłam specjalnie podekscytowana wizją spaceru po Warszawie. Ot, jarałam się jedynie, że zobaczę idoli. We wtorek, po długich awanturach i kombinowaniu jak osioł pod górę udało mi się załatwić wolny dzień w pracy i wybrałam się ze swoją drugą połówką oraz jego siostrą na eleganckie zadupie pod samą stolicą. Z racji, że siostra miała długie badania, my wybraliśmy się na spacer po parku Łazienkowskim, potem podjechaliśmy również na Stare Miasto. 
I wiecie co? Ale było łaaaaaadnie. Serio, pierwszy raz naprawdę podobało mi się w Warszawie i żałowałam, że nie mamy więcej czasu. Wprawdzie zdjęcia wyszły średnio, bo robiłam je w samo południe, a wiadomo, że to najgorsza pora na fotografowanie - mimo to, kilka prezentuje się w miarę spoko. Ogólnie wypadłam z formy i moje zdjęcia wyglądają okrutnie, ale no... w wakacje się poprawię, obiecuję! 

12.6.17

Śluby, śluby i po ślubach

Gdy w poprzednim poście pisałam o czarnym jak diabeł kociątku nie sądziłam, że to naprawdę diabeł. Nie tylko z umaszczenia. Mały potwór daje mi popalić, zdążyła mnie już doprowadzić do łez nawet. Jeśli kot tak szaleje przez pierwszy rok życia to może od razu spakuję walizki i ucieknę, wychowywanie kota zostawię Pawłowi, już raz to przeszedł. 

Ślub przebiegł szybko i bez problemów. Sama ceremonia trwała z piętnaście minut, ale cywilne już mają to do siebie. Generalnie pobyt w restauracji, a potem na działce sprawił, że wcale nie czułam się jak na ślubie. Wiadomo, musiałam walnąć podpis w księdze, bo świadkową byłam, ale to tyle. Dało mi to do zrozumienia, że to jednak nie jest ślub jaki sama chciałabym mieć. No, ale z czystym sumieniem oddałam D. po 18 latach znajomości w szpony małżeństwa. Niech im się wiedzie, są super parą. 

Sesja trwa, a moja nauka jakoś ugrzęzła. W sumie to się nawet nie zaczęła, nie oszukujmy się. W środę mam egzamin, potem dwa w sobotę i ostatni chyba za dwa tygodnie. Chyba, bo oczywiście mam problem nie tylko z koncentracją, ale pamięcią też. Starość nie radość, 24 lata to poważny wiek. God, ale jestem stara.  Gdzie te czasy młodości, mieszkania z rodzicami i narzekania na beznadziejną szkołę, za którą teraz niesamowicie tęsknię. Coraz częściej mam wrażenie, że gdybym miała jeszcze raz podjąć decyzję o wyprowadzce z rodzinnego domu to wcale by mi się tak nie spieszyło. Teraz jednak już za późno i muszę przywyknąć do obecnej sytuacji. 

9.6.17

#3

Wieczorem jedziemy po nasze małe, czarne jak diabeł kociątko. Jutro ślub, na którym jestem świadkiem, a sukienki wciąż leżą zwinięte na koszu w łazience. Nie wiem jaką wybrać, gdzie moja elegancka torebka i którym pociągiem jechać. Z wesela będę musiałą uciec na wykłady z PR-u, bo wykładowca wydawał się super gościem, póki nie pokazał swojego drugiego "ja". W niedzielę zamiast zgonować po weselu, będę musiała znowu jechać na uczelnię. Słabo. Panna Młoda chce mnie zjeść. Nie dziwię się, sama mam ochotę się zjeść.

Przetrwałam najgorsze dni w pracy, teraz już do końca miesiąca pełen luz. Dużo wolnego, co spowodowało, że zdecydowaliśmy się na dwudniową wycieczkę góry, Paweł nigdy nie był w Zakopcu, także tam obraliśmy kierunek. Pierwotny plan to namioty w Bieszczadach, ale coś poszło nie tak i wylądujemy w Tatrach. W hotelu. 

Najtrudniejsze przedmioty w tym semestrze zaliczone, pozostało mi kilka luźnych egzaminów i wakacje. Obiecałam sobie naukę języka obcego, oczywiście angielskiego, bo wstyd, żebym w tym wieku nie umiała się porozumieć. Nie pytajcie jak zdałam maturę, była na poziomie dzieci w podstawówce, nie ma innego wytłumaczenia. Mam English Matters, mam mnóstwo innych materiałów, trzymajcie za mnie kciuki. 

6.6.17

"Presja otoczenia nie pozwala na luksus bycia sobą"

Przez pewien czas czułam się dobrze, pod każdym względem ( no, pomijając ciągły ból kostki odkąd rozpoczęłam pracę w empiku. Nie wiem od czego, ale kuleję od pierwszego dnia ). Mniejsza o to. Ostatni tydzień był dla mnie jakiś bolesny, nie pod względem fizycznym. Bardziej psychicznym. Wystarczyły dwa spotkania ze znajomymi, rozmowy o pracy, przyszłości. Okazało się, że z całego towarzystwa tylko ja pracuję na niepełny etat, na kasie w empiku, za najniższą krajową. A inni? Duże firmy, poważne i znane marki, korporacje, wynagrodzenie takie jak u mnie za parę miesięcy pracy. Wiem, nie powinnam się porównywać. Ale to było silniejsze, zrobiło mi się przykro, że innym coś się udaje, osiągnęli o wiele więcej niż ja, a wcale nie są starsi ode mnie więcej niż trzy / cztery lata. Kierownicy, menadżerowie, doradcy wyższego szczebla. I ja, kasjerka. 
Czuję się gorsza.

2.6.17

"Czy zbyt długie roz­myśla­nie o życiu, życia nam nie zabiera?"

Dawno nie piłam herbaty, nie oglądałam serialu, nic nie pisałam. A przecież miałam czas, miałam ochotę. A może nie? Dni mi uciekają, gubię je pomiędzy pracą a czymś co zabiera mi mnóstwo czasu, a nie umiem określić co to dokładnie jest. Wydaje mi się od pewnego czasu, że jestem szczęśliwa. Mam przytulne mieszkanie, kochającego faceta, kota, który łaskawie przestał drapać moje łóżko, pracę, rodzinę, znajomych, plany na wakacje i studia. Ale nie jestem do końca pewna "jestem czy mi się wydaje?". Moje myśli w ostatnich dniach krążą od kotka, którego odbieramy w niedzielę, poprzez pracę, sesję, wesele a tym co chciałabym robić. Bo przecież nie mogę całe życie plątać się od sklepu do sklepu. Weź się za język obcy, tępa dzido. Nauka. Ciągnie mnie, mam chęci, motywację, siłę. Dopóki nie siądę na dupsku i nie spojrzę na notatki czy inne materiały. Dużo tego. W co wsadzić ręce? W paczkę chipsów.  Natłok tego wszystkiego czego chciałabym się nauczyć zupełnie wybija mnie z rytmu i zamiast rozplanować dziedziny, skupić się na konkretnej rzeczy, ja uciekam ze smutem, chowając się pod kocem przed telewizorem. Coś we mnie się pląta, rzuca między wnętrznościami, ale chyba nie do końca wiem co. Siadam rano przy biurku, patrzę na tablicę korkową i przyklejone do niej kartki. Egzaminy, grafik do pracy, lista rzeczy jakie muszę zrobić. Wisi, kurzy się. Patrzę, ale jakby nie widzę. Chcę, ale jakby nie chcę. I tak cały czas, jak gdyby to co pochłania mój wzrok nie dochodziło do mózgu, nie wydaje komend. Zapadam się w sobie, odsuwam od życia i z lekką konsternacją obserwuję je zza zasłony. 
Jestem, ale mnie nie ma. 

31.5.17

Oh, monday

Od dawna poniedziałki były dla mnie dniem jak każdy inny. Nie oznaczał powrotu do szkoły po krótkim weekendzie, powrotu do pracy, bo pracuję w różne dni, a także nie traktowałam go jako gorszy dzień. Zdarzało się, że zupełnie nie panowałam nad tym jaki dzień tygodnia jest i nie jeden poniedziałek przeżyłam już jak piątek. 

Do czasu.
Ostatni poniedziałek powitałam jako zombie. Niby nie miałam problemów ze wstawaniem na 7 do pracy, w tą noc jednak wyjątkowo się nie wyspałam i czułam jakby moje wnętrzności w obrzydliwy sposób się zbuntowały i zdecydowały doprowadzić mnie na skraj. To ten moment, gdy usypiasz robiąc siku, mleko chowasz do torebki zamiast lodówki, potykasz o nieistniejące przedmioty, a kocie miauczenie przypomina zarzynanie prosiaczka. Nie masz czasu zjeść śniadania, bo ślamazarne ruchy utrudniają funkcjonowanie, a czas magicznie przyspieszył. Mając do pracy na 7 rano, wychodzisz z domu lekko spóźniona o 7:06. Na miejscu jesteś parę minut później, zapominając, że centrum handlowe zamknięte i musisz wejść od tyłu. Ochroniarza witasz ze słodkim "hejo, ja do empiczka". Czas pracy przebiega nad wyraz dobrze, a Twoje samopoczucie się polepsza. W końcu o 12 wychodzisz z pracy! 

O 12:15 wcinałam już gorącego hot doga z żabki, popijałam zimną colą zero i podążałam na peron. Czekała mnie ważna misja - dojechać do rodzinnego domu, wyprowadzić psa, ponieważ rodzice poza domem i co wazniejsze, podać psiakowi antybiotyki. Słońce pięknie praży, książka zaczyna się rozkręcać, wiaterek powiewa. Cud, miód i fistaszki. Pociąg miał odjechać 12:53. Idealnie. 
I wtedy dzieje się to. Godzina 12:48 - oświecenie. NIE MAM KLUCZY. Jak wejdę do psa?! Zerwałam swoje odchudzające się dupsko z ławki, zapakowałam wszystko do torby i prowadzę w głowie matematyczne obliczenia. Ile zajmie powrót do domu, wzięcie kluczy i dobiegnięcie do kolejnej stacji pociągu? Perf, zdążę! 
Haha. Hahaha. HAHA. 
Nie.
To ja nie biorę kluczy, skoro mnie odbierzesz wieczorem od rodziców. Przeciez razem wrócimy.
Nie miałam kluczy ani do swojego mieszkania, ani do maminego, a Paweł ze swoimi kluczami siedział w klimatyzowanym biurze 40 km ode mnie. Fajnie. 
Zadzwoniłam zropaczona, żeby szybko przyjechał. Miał być w ciągu pół godziny, więc ja bez problemu dojechałabym pod blok i poczekała na niego, potem mieliśmy już wspólnie pojechać do psa. No cóż, taki był jedynie plan. Mój poniedziałkowy los chciał jednak inaczej.
W momencie, gdy wybiegałam z peronu, odjechały mi jeden za drugim oba autobusy. Kolejny miał być za godzinę, więc pognałam jak antylopa parę przystanków dalej, gdzie autobusów zazwyczaj jeździ więcej. Owszem, jechały dwa. Minęły mnie w momencie, gdy dreptałam w miejscu na czerwonym świetle na pasach. Także w przeciągu 15 minut uciekły mi już cztery autobusy, kolejny za 25 minut. O wiele za późno niż ja potrzebowałam. Pomijam fakt, że przyjechał spóźniony i zanim do niego wsiadłam to Paweł zdążył dojechać z Zabrza do Tychów... 
Myślicie, że to koniec? Nic z tych rzeczy. Żeby było śmieszniej, to po wejściu do cholernego autobusu najpierw przykleiłam się do gumy do żucia, a chwilę później przycięłam sobie rękę zamkiem od torebki. 

Także no.


23.5.17

Złośnica w akcji, czyli rowerowy hejt

To, że większość rzeczy i ludzi na świecie mnie denerwuje wiadomo nie od dziś. Stąd też nazwa bloga, bo złośnicą się urodziłam, a umrę będąc nią jeszcze większą. Latami pracowałam nad swoją cierpliwością, najbardziej pomogła mi praca w biurze rachunkowym, gdzie moich potencjalnych ofiar było od groma, ale nie mogłam się na nich wyżyć. Odkąd pracuję w empiku, moja złość na klientów uległa rozbawieniu. Większość ich idiotycznych zachowań i tekstów po prostu mnie bawi. 

Nie bawi mnie jednak do dziś jedna rzecz. I obawiam się, że nie będzie do końca życia. No chyba, że ktoś stworzy bombę biologiczną przeciwko frajerom, bezmózgom i innym cipeuszom. Mianowicie - zachowanie ludzi, gdy widzą rowerzystów. Także weźcie sobie coś do picia, popcorn, poprawcie się wygodnie w fotelu - zaczynamy. 


  1. Pieszy Pan i Władca chodnika - idzie sobie taki dupolot, co to myśli, że jak jedzie rowerzysta to zjedzie mu z drogi i jeszcze go przeprosi. Rozumiem irytację pieszego, gdy idzie wąskim chodnikiem, a rowerzyści zachowują się jak rajdowcy. Czasem jednak bywają sytuacje, że wyjazd na ulicę nie wchodzi w grę lub po prostu taki jest odcinek drogi i trzeba przejechać chodnikiem. Nie każę pieszym od razu schodzić na trawnik, rozrzucać czerwonego dywanu czy podawać butelki z wodą zziajanemu rowerzyście. Nigdy nie używam dzwonka, bo wiem jak to denerwuje, a nawet straszy człowieka. Zazwyczaj przepraszam, proszę o przepuszczenie, dziękuję. Mimo to, i tak wysłuchuję mologów o rowerzystach debilach. 
  2. Scieżka rowerowa? JA MOGĘ WSZYSTKO - po moim mieście można się poruszać w 90% po ścieżkach rowerowych. Chodniki są szerokie, ścieżki dla rowerzystów również. Jest to fajne, komfortowe i mega wygodne. No właśnie, do momentu, gdy na środku ścieżki nie staną dwie mamuśki z wózkami, pierdoląc o modelu nowej pieluchy czy które z ich pociech zrobiło większy wstyd w sklepie; pieszy urządzający sobie spacer ścieżką rowerową. Bo przecież to chodnik, co z tego, że dla rowerzystów?! CHODNIK JEST DLA LUDZI, im wolno chodzić całym odcinkiem, ale nie waż się wjechać na strefę dla pieszych, bo od razu lincz. 
  3. Jestem pieszym, masz mi ustąpić wywłoko - sytuacja chociażby z wczoraj. Jadę sobie kulturalnie, oczywiście ścieżką rowerową, a jakże. Po jeden stronie jezioro, po drugiej stronie toalety. Chciałabym nadmienić, że ja nie jeżdżę powoli, jazdę często traktuję jako trening, gdyż z wględów finansowych nie chodzę póki co na siłownię. I wtedy, jadąc mocno rozpędzona, jakiś tępy młotek wychodzi mi pod koła. Zbliżając się do chodnika widział, że jadę. Spojrzał mi prosto w oczy, więc nie było możliwości, żeby nie zrozumiał nadjeżdżającego roweru. I co? Nic, wlazł mi prosto pod koła. BO ON JEST WAŻNIEJSZY. No nie jest, przełaził z trawnika, w miejscu, gdzie to on powinien się zatrzymać i przepuścić ludzi idących ścieżką. 
  4. Mam wózek i dziecko, jestem rowerem - czasem mam wrażenie, że ludzie mylą kółka w wózku z kółkami w rowerze. Ostatnio prawie wpakowałam się w krzaki, bo zjeżdżałam z górki ściezką rowerową ( a jakże, zaskoczyłam Was pewnie! ) i nie widziałam, że za zakrętem toczy się baba z wózkiem i dwójką dzieci. W ostatniej chwili wyhamowałam i wjechałam na trawnik, żeby przypadkiem wielkiej krowie nie zrobić z dupy garażu. Co z tego, że metr dalej, za pasem zieleni był dwa razy szerszy chodnik dla pieszych. Często też mijam odpowiedzialne mamusie, które są tak zajęte swoimi telefonami, że nie patrzą jak ich pociecha, kołysząc się na rowerku wjeżdża prosto pod koła innym rowerzystom. 
Żebyście nie pomyśleli, że jestem hipokrytką czy coś w tym guście, dodam również, że nie tylko piesi mnie wyprowadzają z równowagi. Niektórzy rowerzyści są równie debilni i utrudniają człowiekowi współpracę na drodze. 


  1. Pan i Władca ścieżki rowerowej - jak w przypadku pieszych, rowerzyści też czasem myślą, że to oni mają pierwszeństwo i wszystko mogą. Ile razy musiałam hamować albo gwałtownie wjeżdżać na trawnik, bo jakiś idiota nie zjechał na skraj ścieżki. Jedzie sobie ważniak środkiem i oczekuje, że nadjeżdżający z naprzeciwka rozjadą się na boki, bo Król Szosy jedzie. Ewentualnie panienki z piesiami w koszykach. Wczoraj niemal się z taką zderzyłam. Panienka jechała sobie środkiem, wręcz po lini ściezki rowerowej i chodnika. Z jednej strony piesi, z drugiej strony psiapsióła loszki. Żadna z nich nie zjechała. Prawie w nią wjechałam, gdybym... tak, nie zjechała na trawnik. 
  2. Delektuję się jazdą 2km/h, nie waż się mnie wyprzedzić - nie wiem dlaczego ludzie wychodzą z założenia, że skoro oni toczą się na rowerze w ślimaczym tempie to wszyscy muszą to robić. Ja nie lubię takiej jazdy, mam swoje własne tempo. Tak jak każdy biegacz biega w innym tempie, tak każdy rowerzysta w swoim.
  3. Internety, internety, umre jak nie sprawdzę - umrzesz, jak sprawdzisz. Parę dni temu Paweł prawie miał wypadek, bo ziomek z naprzeciwka był tak wlepiony w swój telefon, że nie patrzył jak jedzie. Paweł zjeżdżał rozpędzony z górki, a tamten wyjechał środkiem ścieżki zza zakrętu. Dopiero, gdy Paweł na niego ryknął, w ostatniej chwili odbijając rower, tamten podniósł głowę. Albo rower albo facebook, kiedyś może się wydarzyć tragedia i tyle będzie ze sprawdzania internetów jadąc po drodze. 
Jeśli dotrwaliście do końca postu, gratuluję. Od dawna nosiłam w sobie tyłe irytacji, że musiałam ją przelać na klawiaturę. Większość z opisanych tu osób najchętniej bym odstrzeliła, ale szkoda mi życia na siedzenie za kratkami. Nie każę nikomu jeździć tempem jak moje, nikomu nie każę ustępować mi drogi ani traktować mnie specjalnie, bo mam dwa kółka. Chciałabym po prostu, aby ludzie potrafili się zachowywać normalnie, kulturalnie, życzliwie. To też pewien rodzaj współpracy na drodze, nie walka o to, kto zajmie większy kawałek chodnika. Lubię jeździć po swoim mieście, ale jednak jazda dokoła przez las jest mniej irytująca. No chyba, że mamy na uwadze mnożące się w zawrotnym tempie komary, które są w stanie zjeść człowieka w czasie 2 kilometrowej leśnej trasy.  



18.5.17

Praca w empiku, zalety i wady

Nie spodziewałam się, że praca w empiku przyniesie mi tyle dobrego. Po wielu miesiącach użerania się z dziwnymi pracodawcami, beznadziejnymi warunkami pracy - jestem na etapie, że nie chcę nic zmieniać. A przynajmniej do września, bo zaklepałam sobie już urlop! W końcu Chorwacja sama się nie zwiedzi. Podejmując się pracy w empiku miałam mieszane uczucia, bo nasłuchałam się kiepskich opinii o kierownikach, o płacy, warunkach i zmuszaniu do wciskania ludziom produktów z oferty przykasowej. Wraz ze mną pracę rozpoczynała jeszcze jedna dziewczyna, która po 3 godzinach bycia na szkoleniu, po prostu wyszła. Być może gdyby nie stała w kącie z założonymi rękami to może spodobałaby się jej praca. W każdym razie chciałabym troszkę przybliżyć kwestię pracy tam z moich obserwacji. 

+ zniżka 25% na zakupy! - super sprawa, zwłaszcza gdy jesteście uzależnieni od empikowskich zakupów. Ja niestety na swoją kartę muszę jeszcze trochę poczekać, ale koleżanki z pracy chętnie użyczają mi swoich kart, abym mogła kupować po obniżonej cenie.

+ super ekipa - nie wiem czy to tylko w moim sklepie, ale współpracownicy łącznie z ekipą kierowniczą to świetni ludzie i naprawdę dobrze się pracuje w gronie takich osób. Nawet z dyrekcją jesteśmy po imieniu, więc pracuje się komfortowo. Wprawdzie są dwie osoby, z którymi dogaduję się średnio, ale mamy ze sobą nie wiele zmian, więc kontakt z nimi mam ograniczony. Być może z czasem się dogadamy, któż wie? 

+ elastyczne godziny pracy - szczerze mówiąc, niezbyt odpowiadała mi na początku opcja 3/4 etatu, ale w etapie końcowym mam dużo dni wolnych, co daje możliwość odżyć i nadrobić zaległości w spotkaniach ze znajomymi. Stawka godzinowa jest na tyle fajna, że przy niepełnym etatacie można się spodziewać normalnej wypłaty + premie za wyrobioną sprzedaż. Dla mnie dużym plusem jest to, że dostaję bez problemu dni wolne, gdy tego potrzebuję, nie ma problemu ze stworzeniem grafiku idealnie pod moje preferencje. 

+ nie jest nudno - zawsze jest coś do roboty. Jeśli nie ma w danej chwili klientów, można roznosić książki czy inne dostępne produkty. Zawsze jest jakaś dostawa do rozłożenia czy zwroty, klient na sali, któremu trzeba coś doradzić czy ogarnąć sklep, bo znalezienie książki pomiędzy płytami czy na dziale z grami komputerowymi to zupełnie normalna rzecz. 

- umowa zlecenie - dla mnie jest to zdecydowanie ogromny minus. Wiadomo, na umowie o pracę nie  byłoby tak lajtowo i byłoby o wiele ciężej, gdyż elastyczny grafik jaki mam na zleceniówce, przestałby istnieć. Coś za coś jednak, mając umowę o pracę jesteśmy zabezpieczeni. Będąc na śmieciówie nie czuję się komfortowo, i pomimo zmian jakie wprowadzono w te umowy to wciąż nie jest to taka sytuacja jak w umowie o pracę.

- sprzedaż przykasowa oraz karty lojalnościowe - mamy obowiązek wciskania tego każdemu klientowi. Nawet jak klient się spieszy, ma ochotę Cię odstrzelić za samo istnienie, a każde Twoje pytanie doprowadza go do szału, a nawet moherowej babci, która ma odliczoną złotówkę na gazetkę z przepisem na babeczki - MUSISZ RECYTOWAĆ FORMUŁKI. Oczywiście, gdy kierowniczka nade mną nie wisi, robię to według swojego uznania i jeśli widzę klienta za grosz nie zainteresowanego niczym oprócz swojego zakupu, nie proponuję. Straszenie tajemniczym klientem też mnie nie rusza. Obsługuję ludzi tak, jak sama chciałabym być obsłużona w danej sytuacji. 

- ograniczenia na kasie - wystarczy, że podwójnie nabijesz dany produkt lub ktoś w połowie kasowaia rozmyśli się z czegoś - musisz wzywać dyżurnego lub kierowniczkę. Nie możemy sami nawet wycofać podwójnego produktu, nawet jeśli transakcja nie została jeszcze podsumowana. Samodzielnie możemy jedynie kasować. A teraz wyobraźcie sobie sobotę, godziny największego tłumu, wszystkie kasy idą jednocześnie, kolejki na pół sklepu, a Tobie nagle stanie kasa, bo jakiś czubek rozmyślił się, bo książka kosztuje o 3 zł więcej niż na stronie internetowej i on tego nie chce. Póki kierowniczka lub dyżurny się nie pojawi, możesz sobie co najwyżej podłubać w nosie albo pooglądać walkę kolegów z klientami przy sąsiednich kasach. 

Na chwilę obecną tylko to przychodzi mi do głowy. Zapewne z czasem może pojawić się więcej podpunktów zarówno w zaletach, jak i wadach. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że praca mi odpowiada, ale zamierzam zostać tam do września, do urlopu. Po powrocie z Chorwacji będę rozglądać się jednak za pełnym etatem oraz powrotem do zawodu. Mimo wszystko, umowa zlecenie nie jest umową na której chciałabym pracować i być uzależnioną finansowo od ilości wyrobionych godzin, które mam ograniczone. Idąc na urlop muszę liczyć się z mniejszym wynagrodzeniem, ponieważ wypadają mi 2 tygodnie pracy. To dobra praca na jakiś czas lub gdy mieszka się z rodzicami. Ja jednak nie mogę sobie pozwolić na taką opcję zbyt długo. 

7.5.17

Opowieści majówkowe

Majówka dobiegła końca, a wraz z nią rozpoczęłam czterodniowy maraton w pracy skutkujący tym, że moje stopy odmawiają współpracy i chodzę jak poturbowana kaczucha. A dzisiaj czeka mnie kolejna dniówka i naprawdę nie wiem jak ją przetrwam. Najwyżej powiem, że idę roznosić książki na regałach, a po prostu schowam się w kącie i będę udawać, że mnie nie ma. 
Ogólnie praca w empiku nie jest zła. Na chwilę obecną szczerze przyznam, że mi się podoba, zobaczymy z czasem jak się wszystko poukłada. Mam mnóstwo dni wolnych, zaledwie cztery trochę ciężkie dni w grafiku, reszta mega lajtowa, także nie ma co narzekać. 

Co do majówkowego odpoczynku, było super. Dwa dni na działce u znajomych sprawiły, że mój umysł w końcu odreagował, miałam wrażenie, że czas płynie wolniej, a tego właśnie potrzebowałam. W środę wybraliśmy się na urodziny - niespodziankę dla kumpla. Przebrani za Minionki. Bo przecież to nie były 27 urodziny dojrzałego mężczyzny... Przebierankom nie było końca, bo gdy tylko zniknął za rogiem rozbawiony bandą Minionów na ogródku, przydzialiśmy maski... właśnie jego. Wydrukowaliśmy jego twarz z najbardziej przypałowej imprezy i przerobiliśmy na maski. Efekt powalający, wierzcie mi. Gdy już myślał, że to koniec i ponownie zniknął w domu - wyciągnęliśmy maski z Króla Lwa. Wtedy to już wszyscy byliśmy popłakani ze śmiechu, zwłaszcza jak zaczęliśmy robić sesję zdjęciową w tych wszystkich maskach. 

Zrobiliśmy sobie też tripy rowerowe po Jurze, bo działka znajomych jest w tamtych rejonach i powiem Wam... rzeź. Góra, góra, a za górą... no góra. Całą drogę pod górę i miałam wrażenie, że powrót też był pod górę. Jak się w połowie drogi zatrzymałam chwycić oddech to od razu samolot w głowie i musiałam usiąść. Musiałam ciekawie wyglądać, taka spocona, dobita, ledwo oddychająca dziewczynka w dresie, półleżąca w rowie. Nikt mi nie pomógł, NIKT. Niewdzięczne kozy. 

Wyjątkowo mam mało zdjęć i na dodatek mało mnie satysfakcjonują. Także z lekkim poirytowaniem wrzucam kilka "spoko fotek", po czym lecę szykować się do pracy. Czy posiada pani kartę empik? Zachęcam do założenia... 


27.4.17

Majówkowe plany

Zaledwie tydzień przerwy od ostatniego posta, a mam wrażenie jakby nie było mnie tutaj wieki. Zresztą, dopadła mnie faza nauki i musiałam szykować się do zaliczenia ze statystyki, a i tak obawiam się, że to oblałam. Wyników jeszcze nie ma - zastanawiam się czy to nie dlatego, że facet widząc brednie na moim arkuszu nie popełnił samobójstwa. To co stworzyłam w tych zadaniach to czysty absurd. 

Poza fajnym weekendem na uczelni, naprawdę nic się nie działo. No chyba, że kolejne rozmowy o pracę można nazwać czymś ciekawym. Na szczęście wczoraj odbyła się ostatnia, dostałam w końcu zatrudnienie i od maja zaczynam pracę w empiku. Kamień z serca, siedzenie w domu na bezrobociu jest do bani, nie potrafiłabym żyć tak na dłuższą metę. Muszę mieć jakieś zajęcie. 

Weekend majowy rozpoczynamy od wizyty u znajomych na działce, wieczoru panieńskiego oraz imprezy niespodzianki z okazji urodzin bliskiego kumpla. I to wszystko w ciągu trzech dni! Pierwszy raz chyba czeka nas tak aktywna majówka. Także szykujcie się, przywiozę mnóstwo zdjęć. Mnóstwo żenujących zdjęć. 

Zastanawiam się też czy nie zamówić sobie zestawu Semilac, skoro dostałam pracę i będę mieć w końcu własne dolary. Miałam jeszcze kupić soczewki makro do obiektywu, ale mój ukochany Królewicz obiecał mi zamówić, muszę mu przypomnieć. 

A teraz zostawiam Was z fotkami z ostatniego spaceru, zanim jeszcze zaczął padać śnieg. 


20.4.17

Trzy rzeczy, które chcę zrobić w tym roku

W tym roku nie robiłam postanowień noworocznych. Nie miałam zupełnie pomysłu na żadne, bo postanowienie typu "schudnę" jest tak przereklamowane, że wolałam sobie dać spokój z takim punktem w notatniku. Przez pierwsze miesiące roku w ogóle nad tym nie myślałam. Nie miałam czasu ani ochoty, bo życie rzucało mi coraz większe kłody pod nogi i zaczynałam żałować wielu rzeczy. Dopiero na przełomie marca i kwietnia moja sytuacja powoli zaczęła się stabilizować, a co za tym idzie - do głowy przyszły mi rzeczy, które chciałabym spełnić w tym roku. 

1. Wrócić na siłownię. Od dawna nie ćwiczyłam, ciągle brakowało funduszy bądź czasu. Ćwiczenia w domu zupełnie mnie nie satysfakcjonują, potrzebuję tego czegoś co jest na siłowni, tego klimatu. Chodząc w zeszłym roku na siłownię czułam się o wiele lepiej, dawało mi to motywację i chęci do dalszych ćwiczeń. 

2. Opanować angielski w stopniu komunikatywnym. Mój związek z tym językiem to ciągła kłótnia i separacja. Nie lubimy się. W szkole poziom nauki był tak niski, że nie nauczyłam się niczego, a w domu miałam problemy z nauką - wiadomo, ciężej się uczyć samemu. Ostatnio jednak obiecałam sobie, że wezmę się w końcu porządnie za naukę, bo za każdym razem zjada mnie wstyd, gdy okazuje się jak mało rozumiem w tym języku. 

3. Zbudować portfolio. Od lat biegam po wsi z aparatem jak wariatka. Mój dysk pęka w szwach od ilości zdjęć przedstawiających krajobrazy, przyrodę czy inne duperele nic nie wnoszące do mojego życia. Zawodowo fotografem nie będę, ale marzy mi się praca z ludźmi przed obiektywem. Chciałabym zrobić krok w przód i spróbować stworzyć portfolio. 



Na chwilę obecną tylko tyle. Mogłabym jeszcze dopisać zaliczenie sesji ze stopniami umożliwiającymi mi stypendium naukowe, ale nie widzę potrzeby. Będę się o to starać nawet, jeśli będzie poza moją listą. Jak widzicie, mam tylko trzy punkty. Myślę, że większa ilość wymyślanych na siłę mogłaby mnie dobić i w efekcie końcowym nie zrobiłabym nic. Zależy mi na tych rzeczach, wszystkie są do wykonania przy odrobinie chęci i silnej woli. Teraz tylko pozostało udowodnić samej sobie, że dam radę. 

18.4.17

Święta, święta i po świętach

Siedzę nieco otępiała po zarwanej nocy, którą poświęciłam na oglądanie serialu i zastanawiam się co z sobą zrobić. Powinnam się wziąć za naukę, ale mój umysł jest w tej chwili w stanie spoczynku, a i chęci marne, bo tylko o jedzeniu myślę. Lodówka jednak wieje pustkami, w porównaniu do zlewu, gdzie zawartość bliska jest rozsypaniu się. 

Weekend minął równie szybko jak przyszedł. Na szczęście, bo cała ta świąteczna otoczka wyjątkowo mnie irytowała. Należę do osób, które nie przepadają za rodzinnymi spotkaniami, ganianiem ze szmatą "bo święta, trzeba okna wyszorować i odkurzyć za meblami"ani za dzikim szałem jaki odbywa się w sklepach już tydzień czy dwa wcześniej, bo przecież trzeba robić zapasy po sufit - w końcu DWA DNI SKLEPY NIECZYNNE, UMRZEMY Z GŁODU. No nic, wróciliśmy jednak do zwykłej codzienności. Zaliczenia na uczelni zbliżają się wielkimi krokami, w porównaniu do nowej pracy, której wciąż nie widać. Bardzo niedobrze. 

Mamy już plany na majówkę, a raczej na jej część. I o dziwo, zdecydowaliśmy się w końcu na miejsce docelowe wakacji, robimy już nawet listę rzeczy, którą musimy kupić. Co z tego, że jedziemy dopiero we wrześniu - gotowi musimy być już! Myśl o wakacjach popycha mnie do przodu i poprawia humor, bo po wielu latach w końcu wybieramy się do pięknej Chorwacji. Ostatni raz na Bałkanach byłam pięć lat temu, w Czarnogórze. Od tego momentu jedynie polskie góry. Także ekscytacja jest ogromna, no i motywacja do zrzucenia wagi, bo wstyd jechać z taką wielką dupą nie zmieścić się w ulubiony strój. 

A na koniec, póki pamiętam, muszę zapytać - Czy chciałby ktoś umówić się ze mną na małą sesję plenerową? Potrzebuję stworzyć portfolio, a więc z chęcią kogoś zabiorę na spacer i zdjęcia. Najchętniej z okolic Tychów lub Katowic. 













16.4.17

Wycieczkowo | Ogrodzieniec

Świąteczny weekend rozpoczęliśmy od wizyty u znajomych. Mają działkę na takim fajnym, zalesionym zadupiu, gdzie poza sezonem wakacyjnym jest praktycznie pusto. No wiadomo, mało jest chętnych na nocowanie w domkach letniskowych, gdy za oknem temperatura bliska zera. Znajomi jednak to wyżarte niedźwiedzie i kochają spartańskie warunki, a co za tym idzie - odwiedzają swój domek nawet w zimie. A my wraz z nimi. 

W każdym razie tak się złożyło, że wyjechaliśmy z domu za wcześnie i aby nie siedzieć potem pod bramą, czekając na nich, zatrzymaliśmy się po drodze w Ogrodzieńcu. Jako dziecko często bywałam tam z rodzicami na wycieczkach, a Paweł nigdy tam nie był, więc nadarzyła się idealna okazja, aby nieco mu pokazać. Niestety za późno było już na wejście do środka, ale zrobiliśmy sobie spacer dookoła. 

Zamek powstał z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego na przełomie lat 1350 - 1370, ruiny zostały przekazane do zwiedzania dopiero po II wojnie światowej po wielu pracach konserwatorskich oraz zabezpieczających. Ciekawostką jest również to, że ruiny stały się w 2001 roku plenerem dla planu filmowego "Zemsty" Andrzeja Wajdy. 


10.4.17

Weekendowo | Rowerowo

Od rana siedziałam i próbowałam napisać coś ambitnego, ale jakoś mi nie wyszło. Cóż, poczytacie więc o jakiś duperelach, a na poważne tematy porozmawiamy innym razem. 

W odpowiedzi na Wasze pytania z poprzedniego postu odnośnie rozmowy o pracę - niestety, nie dostałam się. Najwyraźniej jakaś hiena nawijająca lepiej po angielsku mnie wygryzła, a nie ukrywajmy ja i angielski to smutny związek, żyjemy w separacji od wielu lat. Z rozerwanym sercem szukam pracy dalej, trafiło się parę interesujących ofert, więc siedzę teraz nad telefonem i sapię jak dzik po maratonie, jakby ktoś miał do mnie zadzwonić w każdej chwili. Nadzieja matką głupich, a przecież każdą matkę się kocha. Podobno. 

Wczoraj z racji ładnej pogody (i wizji darmowych kotletów na obiad) wybraliśmy się na rowery. Zamierzaliśmy podjechać do rodziców i z powrotem, ale napadła mnie dzika faza i stwierdziłam, że możemy wrócić okrężną drogą ( o jakieś 20km... ) co poskutkowało tym, że nie mogę siedzieć do chwili obecnej, bo tak mnie dupsko boli od siodełka. W końcu z godzinnej wycieczki zrobiła się prawie 6,5 godzinna trasa po Tychach, Wyrach i Kobiórze. Objechaliśmy wszystkie wypizdowa i pół miasta. I choćbym bardzo chciała to na rower nie wsiądę przez parę dni, bo na samą myśl o siodełku kości w tyłku świrują. 

Przez ostatnie dwa tygodnie wzbogaciłam swoją książkową kolekcję o 21 pozycji, w tym większość są to książki dotyczące prawa, rachunkowości, kadr, marketingu i ekonomii. Tak proszę państwa, poczułam wiatr we włosach i natchnienie do nauki, a wnętrzności szeptają cichutko, że podjęłam decyzję co chcę robić w życiu, a wybrany kierunek studiów był strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie za trzecim razem, ale w końcu do trzech razy sztuka. 


3.4.17

Sezon rowerowy oficjalnie rozpoczęty

Tak się elegancko złożyło, że zamiast smażyć się na uczelni - wybraliśmy się wczoraj na rowery. Od dawna próbowaliśmy się zebrać na jakiś krótki wypad, rozkręcić kości po zimowym przestoju. Na dodatek odezwał się kumpel chcący też iść na rower, więc w trójkę zapakowaliśmy dupeczki na sprzęt, plecaczek załadowaliśmy browarkami i udaliśmy się leśną drogą nad jezioro.

Powiem Wam... dawno tak nie odpoczęłam. Na trawie, w słoneczku, z zimnym somersby. Coś pięknego (byłoby mocne 100/10, gdyby nie zasrane komary, to już lata!). Aż człowiekowi się żyć chce, gdy nadchodzi wiosna i możliwość spotykania się na dłużej w plenerze bez konieczności ubierania się jak cebularze, coby wszystko zasłonięte było sześcioma warstwami, a i tak się potem smarka tydzień z przeziębienia. 

Wieczorny powrót zakończyliśmy w maku, bo przecież wszyscy utrzymujemy zdrową dietę. W każdym razie hamburgery popiliśmy jeszcze jednym piwkiem co sprawiło, że pierwszy raz w życiu jechałam lekko pijana ( urżnięta w trzy diabły )  rowerem. Nie było tak źle, można rzec, że jechałam przepisowo i wręcz idealnie. Problem pojawił się jedynie, gdy musiałam przejechać na tyle wąskim przejściem, że od ściany i bramki dzieliło moją kierownicę zaledwie kilkanaście centymetrów. Dałam radę, chociaż życie przeleciało mi przed oczami. Mieliśmy też ogromne plany po powrocie, jakaś fajna kolacja, film. Niestety mój organizm odmówił współpracy i zanim zdążyłam pomyśleć o czymkolwiek to poległam. Ocknęłam się rano, gdy budzik przypomniał złośliwie, że to poniedziałek. Ale za to jaki przyjemny, odezwali się do mnie z dużej, ciekawej firmy w sprawie pracy i jutro rano mam rozmowę. Także trzymajcie kciuki, bo to ważna sprawa!

2.4.17

Postanowienie nowokwietniowe? Jedź na pozytywach.

Poirytowana jak diabli siedziałam wczoraj na zajęciach, zastanawiając się na cholerę były mi kolejne studia, skoro równie dobrze mogłabym siedzieć w tej chwili nad wodą, sączyć schłodzone somersby i czekać na grillującą się kiełbachę. Pierwszy piękny weekend w tym roku, słoneczny, ciepły, a ja musiałam jechać na uczelnię. Oczywiście, moje niecne plany ominięcia zajęć były tak bliskie wykonania, że sama jestem zdziwiona takim obrotem spraw. Pominę fakt, że na pierwsze zajęcia nie pojechałam, na drugich byłam, na trzecich zwiałam na obiad do rodziców, wróciłam na czwarte. 

I wtedy Joga (bo tak nazywamy naszą opiekunkę kierunku, ponieważ na pierwszych zajęciach przez 2,5h opowiadała jak bardzo kocha jogę i chciałaby nas przejogować) powiedziała coś co mnie zainteresowało. Wyjątkowo nie była to kolejna wskazówka jak wytresować faceta, żeby za nią odkurzał bądź mył naczynia. Opowiadała akurat o swojej siostrze, narzekającej na całe życie, na rodzinę, na pracę. Bezpodstawnie, bo nie jeden z nas chciałby pracować i żyć na takich warunkach. Joga od razu załamała ręce i stwierdziła, że nie może z nią rozmawiać częściej niż raz na miesiąc lub dwa. "Trzeba jechać na pozytywach, choćby wszystko się waliło, a czas wolny nie istniał. Musicie dostrzegać to co dobre i pozytywne, a nie tylko do dupy. Bo zmarnujecie sobie życie na marudzenie". Odkąd to usłyszałam to powtarzam w głowie bez przerwy. Też bym tak chciała, więc dlaczego nie spróbować? Joga jest typem kobiety, która musi być w ciągłych ruchu. Na pierwszych zajęciach, gdy opowiadała nam o swojej miłości do jogi próbowała nas przekonać, że każdy z nas potrzebuje takiej "jogi" w swoim życiu. Jedni wybiorą sport, inni rozwiną swoje zainteresowania czy hobby. Coś, co odciągnie nas od pracy, pozwoli zrelaksować się i zresetować mózg. 

Za dużo myślę odkąd pamiętam. Wszystko co mi nie pasuje rozkładam na cząsteczki atomowe tak bardzo się poświęcając im, że nie zwracam uwagi na to co dobre, fajne i pozytywne. Sama sobie kopię dołek pełen smutów, chociaż nie mam powodu, by to robić. Dużo rzeczy bym chciała zmienić, ale nie wiem jak, nie chce mi się albo nie wierzę, że się uda. I dalej siedzę na kanapie wytwarzając miliony łez z rozpaczy nad sobą i rosnącą dupą. 

Wychodząc z wczorajszych zajęć z Jogą byłam zadowolona, że jednak ruszyłam się z domu i przyjechałam. Ta kobieta w ciągu dwóch godzin, zwykłych zajęć dodała mi więcej siły i zachęty niż ktokolwiek inny przez ostatnie parę tygodni. Uznałam, że spróbuję. Zrobiłam nowokwietniowe postanowienie, tak dla siebie samej. Zadbać o swoje samopoczucie. 

Zdjęcie z 2010 roku, piękne czasy bycia chudą! 



31.3.17

A wraz z wiosną nadchodzę ja

Wiosna zawsze była moją ulubioną porą roku. Pierwsze ciepłe promienie słońca, rozkwitające pąki krzewów i drzew, rodzące się do życia kwiaty. Zawsze uwielbiałam obserwować jak świat staje się kolorowy po znienawidzonej przeze mnie zimie. 

Miałam nie wracać, dać sobie czas na przemyślenie i poukładanie paru spraw, które od pewnego czasu wciąż plątają mi się pod nogami i nie chcą odejść. Ale dziś, gdy wracałam z pracy dotarło do mnie, że potrzebuję tego. Bloga, Was, tego miejsca, gdzie mogę chociaż raz na jakiś czas napisać parę słów. Idąc do domu napawałam się wszystkim wokół.

Pierwszy raz od dawna byłam sama na spacerze, nie martwiąc się niczym, nie zastanawiając się czy starczy mi pieniędzy, jeśli rzucę pracę, czy kot nie zniszczył mebli, jak bardzo brudno mam w mieszkaniu czy za jakie grzechy muszę spędzić weekend na uczelni. Pierwszy raz od dawna to wszystko nie miało znaczenia. Nie wiem co się stało, dlaczego nagle widok pączków na krzewach i drzewach ukoił moje nerwy. Uświadomiłam sobie coś innego, coś co sprawiło, że wróciłam do domu, odłożyłam zakupy, włączyłam laptopa i kliknęłam "załóż bloga". Blogowanie dawało mi radość. A bardzo jej w tej chwili potrzebuję. Radości, uśmiechu, motywacji, siły do walki z kłopotami. Bo zawsze udawało mi się pokonać wszystko co złe. I teraz też się uda. 

Wróciłam też do adresu mojego pierwszego bloga. Takiego wiecie "pierwszego z pierwszych". Założyłam go prawie osiem lat temu. Osiem lat. Czas szybko umyka. Kochałam tamtego bloga, długo był ze mną. Dlatego wierzę, że i tym razem adres ten pozostanie w blogosferze o wiele dłużej, a wraz z nim ja. 



Czuła ciepło na czubku nosa, na czole, policzkach i ustach i zrozumiała, co mieli na myśli różni tam poeci, pisząc o „pocałunkach słońca”. To było to. Czuła jak życie przepływa przez nią ciepłymi, musującymi, różowymi falami, a wibrująca w powietrzu wiosna przenika przez jej skórę i dociera do każdej komórki, pozostawiając tam radosną informację.
— Małgorzata Musierowicz
 
Designed by Beautifully Chaotic