27.4.17

Majówkowe plany

Zaledwie tydzień przerwy od ostatniego posta, a mam wrażenie jakby nie było mnie tutaj wieki. Zresztą, dopadła mnie faza nauki i musiałam szykować się do zaliczenia ze statystyki, a i tak obawiam się, że to oblałam. Wyników jeszcze nie ma - zastanawiam się czy to nie dlatego, że facet widząc brednie na moim arkuszu nie popełnił samobójstwa. To co stworzyłam w tych zadaniach to czysty absurd. 

Poza fajnym weekendem na uczelni, naprawdę nic się nie działo. No chyba, że kolejne rozmowy o pracę można nazwać czymś ciekawym. Na szczęście wczoraj odbyła się ostatnia, dostałam w końcu zatrudnienie i od maja zaczynam pracę w empiku. Kamień z serca, siedzenie w domu na bezrobociu jest do bani, nie potrafiłabym żyć tak na dłuższą metę. Muszę mieć jakieś zajęcie. 

Weekend majowy rozpoczynamy od wizyty u znajomych na działce, wieczoru panieńskiego oraz imprezy niespodzianki z okazji urodzin bliskiego kumpla. I to wszystko w ciągu trzech dni! Pierwszy raz chyba czeka nas tak aktywna majówka. Także szykujcie się, przywiozę mnóstwo zdjęć. Mnóstwo żenujących zdjęć. 

Zastanawiam się też czy nie zamówić sobie zestawu Semilac, skoro dostałam pracę i będę mieć w końcu własne dolary. Miałam jeszcze kupić soczewki makro do obiektywu, ale mój ukochany Królewicz obiecał mi zamówić, muszę mu przypomnieć. 

A teraz zostawiam Was z fotkami z ostatniego spaceru, zanim jeszcze zaczął padać śnieg. 


20.4.17

Trzy rzeczy, które chcę zrobić w tym roku

W tym roku nie robiłam postanowień noworocznych. Nie miałam zupełnie pomysłu na żadne, bo postanowienie typu "schudnę" jest tak przereklamowane, że wolałam sobie dać spokój z takim punktem w notatniku. Przez pierwsze miesiące roku w ogóle nad tym nie myślałam. Nie miałam czasu ani ochoty, bo życie rzucało mi coraz większe kłody pod nogi i zaczynałam żałować wielu rzeczy. Dopiero na przełomie marca i kwietnia moja sytuacja powoli zaczęła się stabilizować, a co za tym idzie - do głowy przyszły mi rzeczy, które chciałabym spełnić w tym roku. 

1. Wrócić na siłownię. Od dawna nie ćwiczyłam, ciągle brakowało funduszy bądź czasu. Ćwiczenia w domu zupełnie mnie nie satysfakcjonują, potrzebuję tego czegoś co jest na siłowni, tego klimatu. Chodząc w zeszłym roku na siłownię czułam się o wiele lepiej, dawało mi to motywację i chęci do dalszych ćwiczeń. 

2. Opanować angielski w stopniu komunikatywnym. Mój związek z tym językiem to ciągła kłótnia i separacja. Nie lubimy się. W szkole poziom nauki był tak niski, że nie nauczyłam się niczego, a w domu miałam problemy z nauką - wiadomo, ciężej się uczyć samemu. Ostatnio jednak obiecałam sobie, że wezmę się w końcu porządnie za naukę, bo za każdym razem zjada mnie wstyd, gdy okazuje się jak mało rozumiem w tym języku. 

3. Zbudować portfolio. Od lat biegam po wsi z aparatem jak wariatka. Mój dysk pęka w szwach od ilości zdjęć przedstawiających krajobrazy, przyrodę czy inne duperele nic nie wnoszące do mojego życia. Zawodowo fotografem nie będę, ale marzy mi się praca z ludźmi przed obiektywem. Chciałabym zrobić krok w przód i spróbować stworzyć portfolio. 



Na chwilę obecną tylko tyle. Mogłabym jeszcze dopisać zaliczenie sesji ze stopniami umożliwiającymi mi stypendium naukowe, ale nie widzę potrzeby. Będę się o to starać nawet, jeśli będzie poza moją listą. Jak widzicie, mam tylko trzy punkty. Myślę, że większa ilość wymyślanych na siłę mogłaby mnie dobić i w efekcie końcowym nie zrobiłabym nic. Zależy mi na tych rzeczach, wszystkie są do wykonania przy odrobinie chęci i silnej woli. Teraz tylko pozostało udowodnić samej sobie, że dam radę. 

18.4.17

Święta, święta i po świętach

Siedzę nieco otępiała po zarwanej nocy, którą poświęciłam na oglądanie serialu i zastanawiam się co z sobą zrobić. Powinnam się wziąć za naukę, ale mój umysł jest w tej chwili w stanie spoczynku, a i chęci marne, bo tylko o jedzeniu myślę. Lodówka jednak wieje pustkami, w porównaniu do zlewu, gdzie zawartość bliska jest rozsypaniu się. 

Weekend minął równie szybko jak przyszedł. Na szczęście, bo cała ta świąteczna otoczka wyjątkowo mnie irytowała. Należę do osób, które nie przepadają za rodzinnymi spotkaniami, ganianiem ze szmatą "bo święta, trzeba okna wyszorować i odkurzyć za meblami"ani za dzikim szałem jaki odbywa się w sklepach już tydzień czy dwa wcześniej, bo przecież trzeba robić zapasy po sufit - w końcu DWA DNI SKLEPY NIECZYNNE, UMRZEMY Z GŁODU. No nic, wróciliśmy jednak do zwykłej codzienności. Zaliczenia na uczelni zbliżają się wielkimi krokami, w porównaniu do nowej pracy, której wciąż nie widać. Bardzo niedobrze. 

Mamy już plany na majówkę, a raczej na jej część. I o dziwo, zdecydowaliśmy się w końcu na miejsce docelowe wakacji, robimy już nawet listę rzeczy, którą musimy kupić. Co z tego, że jedziemy dopiero we wrześniu - gotowi musimy być już! Myśl o wakacjach popycha mnie do przodu i poprawia humor, bo po wielu latach w końcu wybieramy się do pięknej Chorwacji. Ostatni raz na Bałkanach byłam pięć lat temu, w Czarnogórze. Od tego momentu jedynie polskie góry. Także ekscytacja jest ogromna, no i motywacja do zrzucenia wagi, bo wstyd jechać z taką wielką dupą nie zmieścić się w ulubiony strój. 

A na koniec, póki pamiętam, muszę zapytać - Czy chciałby ktoś umówić się ze mną na małą sesję plenerową? Potrzebuję stworzyć portfolio, a więc z chęcią kogoś zabiorę na spacer i zdjęcia. Najchętniej z okolic Tychów lub Katowic. 













16.4.17

Wycieczkowo | Ogrodzieniec

Świąteczny weekend rozpoczęliśmy od wizyty u znajomych. Mają działkę na takim fajnym, zalesionym zadupiu, gdzie poza sezonem wakacyjnym jest praktycznie pusto. No wiadomo, mało jest chętnych na nocowanie w domkach letniskowych, gdy za oknem temperatura bliska zera. Znajomi jednak to wyżarte niedźwiedzie i kochają spartańskie warunki, a co za tym idzie - odwiedzają swój domek nawet w zimie. A my wraz z nimi. 

W każdym razie tak się złożyło, że wyjechaliśmy z domu za wcześnie i aby nie siedzieć potem pod bramą, czekając na nich, zatrzymaliśmy się po drodze w Ogrodzieńcu. Jako dziecko często bywałam tam z rodzicami na wycieczkach, a Paweł nigdy tam nie był, więc nadarzyła się idealna okazja, aby nieco mu pokazać. Niestety za późno było już na wejście do środka, ale zrobiliśmy sobie spacer dookoła. 

Zamek powstał z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego na przełomie lat 1350 - 1370, ruiny zostały przekazane do zwiedzania dopiero po II wojnie światowej po wielu pracach konserwatorskich oraz zabezpieczających. Ciekawostką jest również to, że ruiny stały się w 2001 roku plenerem dla planu filmowego "Zemsty" Andrzeja Wajdy. 


10.4.17

Weekendowo | Rowerowo

Od rana siedziałam i próbowałam napisać coś ambitnego, ale jakoś mi nie wyszło. Cóż, poczytacie więc o jakiś duperelach, a na poważne tematy porozmawiamy innym razem. 

W odpowiedzi na Wasze pytania z poprzedniego postu odnośnie rozmowy o pracę - niestety, nie dostałam się. Najwyraźniej jakaś hiena nawijająca lepiej po angielsku mnie wygryzła, a nie ukrywajmy ja i angielski to smutny związek, żyjemy w separacji od wielu lat. Z rozerwanym sercem szukam pracy dalej, trafiło się parę interesujących ofert, więc siedzę teraz nad telefonem i sapię jak dzik po maratonie, jakby ktoś miał do mnie zadzwonić w każdej chwili. Nadzieja matką głupich, a przecież każdą matkę się kocha. Podobno. 

Wczoraj z racji ładnej pogody (i wizji darmowych kotletów na obiad) wybraliśmy się na rowery. Zamierzaliśmy podjechać do rodziców i z powrotem, ale napadła mnie dzika faza i stwierdziłam, że możemy wrócić okrężną drogą ( o jakieś 20km... ) co poskutkowało tym, że nie mogę siedzieć do chwili obecnej, bo tak mnie dupsko boli od siodełka. W końcu z godzinnej wycieczki zrobiła się prawie 6,5 godzinna trasa po Tychach, Wyrach i Kobiórze. Objechaliśmy wszystkie wypizdowa i pół miasta. I choćbym bardzo chciała to na rower nie wsiądę przez parę dni, bo na samą myśl o siodełku kości w tyłku świrują. 

Przez ostatnie dwa tygodnie wzbogaciłam swoją książkową kolekcję o 21 pozycji, w tym większość są to książki dotyczące prawa, rachunkowości, kadr, marketingu i ekonomii. Tak proszę państwa, poczułam wiatr we włosach i natchnienie do nauki, a wnętrzności szeptają cichutko, że podjęłam decyzję co chcę robić w życiu, a wybrany kierunek studiów był strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie za trzecim razem, ale w końcu do trzech razy sztuka. 


3.4.17

Sezon rowerowy oficjalnie rozpoczęty

Tak się elegancko złożyło, że zamiast smażyć się na uczelni - wybraliśmy się wczoraj na rowery. Od dawna próbowaliśmy się zebrać na jakiś krótki wypad, rozkręcić kości po zimowym przestoju. Na dodatek odezwał się kumpel chcący też iść na rower, więc w trójkę zapakowaliśmy dupeczki na sprzęt, plecaczek załadowaliśmy browarkami i udaliśmy się leśną drogą nad jezioro.

Powiem Wam... dawno tak nie odpoczęłam. Na trawie, w słoneczku, z zimnym somersby. Coś pięknego (byłoby mocne 100/10, gdyby nie zasrane komary, to już lata!). Aż człowiekowi się żyć chce, gdy nadchodzi wiosna i możliwość spotykania się na dłużej w plenerze bez konieczności ubierania się jak cebularze, coby wszystko zasłonięte było sześcioma warstwami, a i tak się potem smarka tydzień z przeziębienia. 

Wieczorny powrót zakończyliśmy w maku, bo przecież wszyscy utrzymujemy zdrową dietę. W każdym razie hamburgery popiliśmy jeszcze jednym piwkiem co sprawiło, że pierwszy raz w życiu jechałam lekko pijana ( urżnięta w trzy diabły )  rowerem. Nie było tak źle, można rzec, że jechałam przepisowo i wręcz idealnie. Problem pojawił się jedynie, gdy musiałam przejechać na tyle wąskim przejściem, że od ściany i bramki dzieliło moją kierownicę zaledwie kilkanaście centymetrów. Dałam radę, chociaż życie przeleciało mi przed oczami. Mieliśmy też ogromne plany po powrocie, jakaś fajna kolacja, film. Niestety mój organizm odmówił współpracy i zanim zdążyłam pomyśleć o czymkolwiek to poległam. Ocknęłam się rano, gdy budzik przypomniał złośliwie, że to poniedziałek. Ale za to jaki przyjemny, odezwali się do mnie z dużej, ciekawej firmy w sprawie pracy i jutro rano mam rozmowę. Także trzymajcie kciuki, bo to ważna sprawa!

2.4.17

Postanowienie nowokwietniowe? Jedź na pozytywach.

Poirytowana jak diabli siedziałam wczoraj na zajęciach, zastanawiając się na cholerę były mi kolejne studia, skoro równie dobrze mogłabym siedzieć w tej chwili nad wodą, sączyć schłodzone somersby i czekać na grillującą się kiełbachę. Pierwszy piękny weekend w tym roku, słoneczny, ciepły, a ja musiałam jechać na uczelnię. Oczywiście, moje niecne plany ominięcia zajęć były tak bliskie wykonania, że sama jestem zdziwiona takim obrotem spraw. Pominę fakt, że na pierwsze zajęcia nie pojechałam, na drugich byłam, na trzecich zwiałam na obiad do rodziców, wróciłam na czwarte. 

I wtedy Joga (bo tak nazywamy naszą opiekunkę kierunku, ponieważ na pierwszych zajęciach przez 2,5h opowiadała jak bardzo kocha jogę i chciałaby nas przejogować) powiedziała coś co mnie zainteresowało. Wyjątkowo nie była to kolejna wskazówka jak wytresować faceta, żeby za nią odkurzał bądź mył naczynia. Opowiadała akurat o swojej siostrze, narzekającej na całe życie, na rodzinę, na pracę. Bezpodstawnie, bo nie jeden z nas chciałby pracować i żyć na takich warunkach. Joga od razu załamała ręce i stwierdziła, że nie może z nią rozmawiać częściej niż raz na miesiąc lub dwa. "Trzeba jechać na pozytywach, choćby wszystko się waliło, a czas wolny nie istniał. Musicie dostrzegać to co dobre i pozytywne, a nie tylko do dupy. Bo zmarnujecie sobie życie na marudzenie". Odkąd to usłyszałam to powtarzam w głowie bez przerwy. Też bym tak chciała, więc dlaczego nie spróbować? Joga jest typem kobiety, która musi być w ciągłych ruchu. Na pierwszych zajęciach, gdy opowiadała nam o swojej miłości do jogi próbowała nas przekonać, że każdy z nas potrzebuje takiej "jogi" w swoim życiu. Jedni wybiorą sport, inni rozwiną swoje zainteresowania czy hobby. Coś, co odciągnie nas od pracy, pozwoli zrelaksować się i zresetować mózg. 

Za dużo myślę odkąd pamiętam. Wszystko co mi nie pasuje rozkładam na cząsteczki atomowe tak bardzo się poświęcając im, że nie zwracam uwagi na to co dobre, fajne i pozytywne. Sama sobie kopię dołek pełen smutów, chociaż nie mam powodu, by to robić. Dużo rzeczy bym chciała zmienić, ale nie wiem jak, nie chce mi się albo nie wierzę, że się uda. I dalej siedzę na kanapie wytwarzając miliony łez z rozpaczy nad sobą i rosnącą dupą. 

Wychodząc z wczorajszych zajęć z Jogą byłam zadowolona, że jednak ruszyłam się z domu i przyjechałam. Ta kobieta w ciągu dwóch godzin, zwykłych zajęć dodała mi więcej siły i zachęty niż ktokolwiek inny przez ostatnie parę tygodni. Uznałam, że spróbuję. Zrobiłam nowokwietniowe postanowienie, tak dla siebie samej. Zadbać o swoje samopoczucie. 

Zdjęcie z 2010 roku, piękne czasy bycia chudą! 



 
Designed by Beautifully Chaotic