31.5.17

Oh, monday

Od dawna poniedziałki były dla mnie dniem jak każdy inny. Nie oznaczał powrotu do szkoły po krótkim weekendzie, powrotu do pracy, bo pracuję w różne dni, a także nie traktowałam go jako gorszy dzień. Zdarzało się, że zupełnie nie panowałam nad tym jaki dzień tygodnia jest i nie jeden poniedziałek przeżyłam już jak piątek. 

Do czasu.
Ostatni poniedziałek powitałam jako zombie. Niby nie miałam problemów ze wstawaniem na 7 do pracy, w tą noc jednak wyjątkowo się nie wyspałam i czułam jakby moje wnętrzności w obrzydliwy sposób się zbuntowały i zdecydowały doprowadzić mnie na skraj. To ten moment, gdy usypiasz robiąc siku, mleko chowasz do torebki zamiast lodówki, potykasz o nieistniejące przedmioty, a kocie miauczenie przypomina zarzynanie prosiaczka. Nie masz czasu zjeść śniadania, bo ślamazarne ruchy utrudniają funkcjonowanie, a czas magicznie przyspieszył. Mając do pracy na 7 rano, wychodzisz z domu lekko spóźniona o 7:06. Na miejscu jesteś parę minut później, zapominając, że centrum handlowe zamknięte i musisz wejść od tyłu. Ochroniarza witasz ze słodkim "hejo, ja do empiczka". Czas pracy przebiega nad wyraz dobrze, a Twoje samopoczucie się polepsza. W końcu o 12 wychodzisz z pracy! 

O 12:15 wcinałam już gorącego hot doga z żabki, popijałam zimną colą zero i podążałam na peron. Czekała mnie ważna misja - dojechać do rodzinnego domu, wyprowadzić psa, ponieważ rodzice poza domem i co wazniejsze, podać psiakowi antybiotyki. Słońce pięknie praży, książka zaczyna się rozkręcać, wiaterek powiewa. Cud, miód i fistaszki. Pociąg miał odjechać 12:53. Idealnie. 
I wtedy dzieje się to. Godzina 12:48 - oświecenie. NIE MAM KLUCZY. Jak wejdę do psa?! Zerwałam swoje odchudzające się dupsko z ławki, zapakowałam wszystko do torby i prowadzę w głowie matematyczne obliczenia. Ile zajmie powrót do domu, wzięcie kluczy i dobiegnięcie do kolejnej stacji pociągu? Perf, zdążę! 
Haha. Hahaha. HAHA. 
Nie.
To ja nie biorę kluczy, skoro mnie odbierzesz wieczorem od rodziców. Przeciez razem wrócimy.
Nie miałam kluczy ani do swojego mieszkania, ani do maminego, a Paweł ze swoimi kluczami siedział w klimatyzowanym biurze 40 km ode mnie. Fajnie. 
Zadzwoniłam zropaczona, żeby szybko przyjechał. Miał być w ciągu pół godziny, więc ja bez problemu dojechałabym pod blok i poczekała na niego, potem mieliśmy już wspólnie pojechać do psa. No cóż, taki był jedynie plan. Mój poniedziałkowy los chciał jednak inaczej.
W momencie, gdy wybiegałam z peronu, odjechały mi jeden za drugim oba autobusy. Kolejny miał być za godzinę, więc pognałam jak antylopa parę przystanków dalej, gdzie autobusów zazwyczaj jeździ więcej. Owszem, jechały dwa. Minęły mnie w momencie, gdy dreptałam w miejscu na czerwonym świetle na pasach. Także w przeciągu 15 minut uciekły mi już cztery autobusy, kolejny za 25 minut. O wiele za późno niż ja potrzebowałam. Pomijam fakt, że przyjechał spóźniony i zanim do niego wsiadłam to Paweł zdążył dojechać z Zabrza do Tychów... 
Myślicie, że to koniec? Nic z tych rzeczy. Żeby było śmieszniej, to po wejściu do cholernego autobusu najpierw przykleiłam się do gumy do żucia, a chwilę później przycięłam sobie rękę zamkiem od torebki. 

Także no.


23.5.17

Złośnica w akcji, czyli rowerowy hejt

To, że większość rzeczy i ludzi na świecie mnie denerwuje wiadomo nie od dziś. Stąd też nazwa bloga, bo złośnicą się urodziłam, a umrę będąc nią jeszcze większą. Latami pracowałam nad swoją cierpliwością, najbardziej pomogła mi praca w biurze rachunkowym, gdzie moich potencjalnych ofiar było od groma, ale nie mogłam się na nich wyżyć. Odkąd pracuję w empiku, moja złość na klientów uległa rozbawieniu. Większość ich idiotycznych zachowań i tekstów po prostu mnie bawi. 

Nie bawi mnie jednak do dziś jedna rzecz. I obawiam się, że nie będzie do końca życia. No chyba, że ktoś stworzy bombę biologiczną przeciwko frajerom, bezmózgom i innym cipeuszom. Mianowicie - zachowanie ludzi, gdy widzą rowerzystów. Także weźcie sobie coś do picia, popcorn, poprawcie się wygodnie w fotelu - zaczynamy. 


  1. Pieszy Pan i Władca chodnika - idzie sobie taki dupolot, co to myśli, że jak jedzie rowerzysta to zjedzie mu z drogi i jeszcze go przeprosi. Rozumiem irytację pieszego, gdy idzie wąskim chodnikiem, a rowerzyści zachowują się jak rajdowcy. Czasem jednak bywają sytuacje, że wyjazd na ulicę nie wchodzi w grę lub po prostu taki jest odcinek drogi i trzeba przejechać chodnikiem. Nie każę pieszym od razu schodzić na trawnik, rozrzucać czerwonego dywanu czy podawać butelki z wodą zziajanemu rowerzyście. Nigdy nie używam dzwonka, bo wiem jak to denerwuje, a nawet straszy człowieka. Zazwyczaj przepraszam, proszę o przepuszczenie, dziękuję. Mimo to, i tak wysłuchuję mologów o rowerzystach debilach. 
  2. Scieżka rowerowa? JA MOGĘ WSZYSTKO - po moim mieście można się poruszać w 90% po ścieżkach rowerowych. Chodniki są szerokie, ścieżki dla rowerzystów również. Jest to fajne, komfortowe i mega wygodne. No właśnie, do momentu, gdy na środku ścieżki nie staną dwie mamuśki z wózkami, pierdoląc o modelu nowej pieluchy czy które z ich pociech zrobiło większy wstyd w sklepie; pieszy urządzający sobie spacer ścieżką rowerową. Bo przecież to chodnik, co z tego, że dla rowerzystów?! CHODNIK JEST DLA LUDZI, im wolno chodzić całym odcinkiem, ale nie waż się wjechać na strefę dla pieszych, bo od razu lincz. 
  3. Jestem pieszym, masz mi ustąpić wywłoko - sytuacja chociażby z wczoraj. Jadę sobie kulturalnie, oczywiście ścieżką rowerową, a jakże. Po jeden stronie jezioro, po drugiej stronie toalety. Chciałabym nadmienić, że ja nie jeżdżę powoli, jazdę często traktuję jako trening, gdyż z wględów finansowych nie chodzę póki co na siłownię. I wtedy, jadąc mocno rozpędzona, jakiś tępy młotek wychodzi mi pod koła. Zbliżając się do chodnika widział, że jadę. Spojrzał mi prosto w oczy, więc nie było możliwości, żeby nie zrozumiał nadjeżdżającego roweru. I co? Nic, wlazł mi prosto pod koła. BO ON JEST WAŻNIEJSZY. No nie jest, przełaził z trawnika, w miejscu, gdzie to on powinien się zatrzymać i przepuścić ludzi idących ścieżką. 
  4. Mam wózek i dziecko, jestem rowerem - czasem mam wrażenie, że ludzie mylą kółka w wózku z kółkami w rowerze. Ostatnio prawie wpakowałam się w krzaki, bo zjeżdżałam z górki ściezką rowerową ( a jakże, zaskoczyłam Was pewnie! ) i nie widziałam, że za zakrętem toczy się baba z wózkiem i dwójką dzieci. W ostatniej chwili wyhamowałam i wjechałam na trawnik, żeby przypadkiem wielkiej krowie nie zrobić z dupy garażu. Co z tego, że metr dalej, za pasem zieleni był dwa razy szerszy chodnik dla pieszych. Często też mijam odpowiedzialne mamusie, które są tak zajęte swoimi telefonami, że nie patrzą jak ich pociecha, kołysząc się na rowerku wjeżdża prosto pod koła innym rowerzystom. 
Żebyście nie pomyśleli, że jestem hipokrytką czy coś w tym guście, dodam również, że nie tylko piesi mnie wyprowadzają z równowagi. Niektórzy rowerzyści są równie debilni i utrudniają człowiekowi współpracę na drodze. 


  1. Pan i Władca ścieżki rowerowej - jak w przypadku pieszych, rowerzyści też czasem myślą, że to oni mają pierwszeństwo i wszystko mogą. Ile razy musiałam hamować albo gwałtownie wjeżdżać na trawnik, bo jakiś idiota nie zjechał na skraj ścieżki. Jedzie sobie ważniak środkiem i oczekuje, że nadjeżdżający z naprzeciwka rozjadą się na boki, bo Król Szosy jedzie. Ewentualnie panienki z piesiami w koszykach. Wczoraj niemal się z taką zderzyłam. Panienka jechała sobie środkiem, wręcz po lini ściezki rowerowej i chodnika. Z jednej strony piesi, z drugiej strony psiapsióła loszki. Żadna z nich nie zjechała. Prawie w nią wjechałam, gdybym... tak, nie zjechała na trawnik. 
  2. Delektuję się jazdą 2km/h, nie waż się mnie wyprzedzić - nie wiem dlaczego ludzie wychodzą z założenia, że skoro oni toczą się na rowerze w ślimaczym tempie to wszyscy muszą to robić. Ja nie lubię takiej jazdy, mam swoje własne tempo. Tak jak każdy biegacz biega w innym tempie, tak każdy rowerzysta w swoim.
  3. Internety, internety, umre jak nie sprawdzę - umrzesz, jak sprawdzisz. Parę dni temu Paweł prawie miał wypadek, bo ziomek z naprzeciwka był tak wlepiony w swój telefon, że nie patrzył jak jedzie. Paweł zjeżdżał rozpędzony z górki, a tamten wyjechał środkiem ścieżki zza zakrętu. Dopiero, gdy Paweł na niego ryknął, w ostatniej chwili odbijając rower, tamten podniósł głowę. Albo rower albo facebook, kiedyś może się wydarzyć tragedia i tyle będzie ze sprawdzania internetów jadąc po drodze. 
Jeśli dotrwaliście do końca postu, gratuluję. Od dawna nosiłam w sobie tyłe irytacji, że musiałam ją przelać na klawiaturę. Większość z opisanych tu osób najchętniej bym odstrzeliła, ale szkoda mi życia na siedzenie za kratkami. Nie każę nikomu jeździć tempem jak moje, nikomu nie każę ustępować mi drogi ani traktować mnie specjalnie, bo mam dwa kółka. Chciałabym po prostu, aby ludzie potrafili się zachowywać normalnie, kulturalnie, życzliwie. To też pewien rodzaj współpracy na drodze, nie walka o to, kto zajmie większy kawałek chodnika. Lubię jeździć po swoim mieście, ale jednak jazda dokoła przez las jest mniej irytująca. No chyba, że mamy na uwadze mnożące się w zawrotnym tempie komary, które są w stanie zjeść człowieka w czasie 2 kilometrowej leśnej trasy.  



18.5.17

Praca w empiku, zalety i wady

Nie spodziewałam się, że praca w empiku przyniesie mi tyle dobrego. Po wielu miesiącach użerania się z dziwnymi pracodawcami, beznadziejnymi warunkami pracy - jestem na etapie, że nie chcę nic zmieniać. A przynajmniej do września, bo zaklepałam sobie już urlop! W końcu Chorwacja sama się nie zwiedzi. Podejmując się pracy w empiku miałam mieszane uczucia, bo nasłuchałam się kiepskich opinii o kierownikach, o płacy, warunkach i zmuszaniu do wciskania ludziom produktów z oferty przykasowej. Wraz ze mną pracę rozpoczynała jeszcze jedna dziewczyna, która po 3 godzinach bycia na szkoleniu, po prostu wyszła. Być może gdyby nie stała w kącie z założonymi rękami to może spodobałaby się jej praca. W każdym razie chciałabym troszkę przybliżyć kwestię pracy tam z moich obserwacji. 

+ zniżka 25% na zakupy! - super sprawa, zwłaszcza gdy jesteście uzależnieni od empikowskich zakupów. Ja niestety na swoją kartę muszę jeszcze trochę poczekać, ale koleżanki z pracy chętnie użyczają mi swoich kart, abym mogła kupować po obniżonej cenie.

+ super ekipa - nie wiem czy to tylko w moim sklepie, ale współpracownicy łącznie z ekipą kierowniczą to świetni ludzie i naprawdę dobrze się pracuje w gronie takich osób. Nawet z dyrekcją jesteśmy po imieniu, więc pracuje się komfortowo. Wprawdzie są dwie osoby, z którymi dogaduję się średnio, ale mamy ze sobą nie wiele zmian, więc kontakt z nimi mam ograniczony. Być może z czasem się dogadamy, któż wie? 

+ elastyczne godziny pracy - szczerze mówiąc, niezbyt odpowiadała mi na początku opcja 3/4 etatu, ale w etapie końcowym mam dużo dni wolnych, co daje możliwość odżyć i nadrobić zaległości w spotkaniach ze znajomymi. Stawka godzinowa jest na tyle fajna, że przy niepełnym etatacie można się spodziewać normalnej wypłaty + premie za wyrobioną sprzedaż. Dla mnie dużym plusem jest to, że dostaję bez problemu dni wolne, gdy tego potrzebuję, nie ma problemu ze stworzeniem grafiku idealnie pod moje preferencje. 

+ nie jest nudno - zawsze jest coś do roboty. Jeśli nie ma w danej chwili klientów, można roznosić książki czy inne dostępne produkty. Zawsze jest jakaś dostawa do rozłożenia czy zwroty, klient na sali, któremu trzeba coś doradzić czy ogarnąć sklep, bo znalezienie książki pomiędzy płytami czy na dziale z grami komputerowymi to zupełnie normalna rzecz. 

- umowa zlecenie - dla mnie jest to zdecydowanie ogromny minus. Wiadomo, na umowie o pracę nie  byłoby tak lajtowo i byłoby o wiele ciężej, gdyż elastyczny grafik jaki mam na zleceniówce, przestałby istnieć. Coś za coś jednak, mając umowę o pracę jesteśmy zabezpieczeni. Będąc na śmieciówie nie czuję się komfortowo, i pomimo zmian jakie wprowadzono w te umowy to wciąż nie jest to taka sytuacja jak w umowie o pracę.

- sprzedaż przykasowa oraz karty lojalnościowe - mamy obowiązek wciskania tego każdemu klientowi. Nawet jak klient się spieszy, ma ochotę Cię odstrzelić za samo istnienie, a każde Twoje pytanie doprowadza go do szału, a nawet moherowej babci, która ma odliczoną złotówkę na gazetkę z przepisem na babeczki - MUSISZ RECYTOWAĆ FORMUŁKI. Oczywiście, gdy kierowniczka nade mną nie wisi, robię to według swojego uznania i jeśli widzę klienta za grosz nie zainteresowanego niczym oprócz swojego zakupu, nie proponuję. Straszenie tajemniczym klientem też mnie nie rusza. Obsługuję ludzi tak, jak sama chciałabym być obsłużona w danej sytuacji. 

- ograniczenia na kasie - wystarczy, że podwójnie nabijesz dany produkt lub ktoś w połowie kasowaia rozmyśli się z czegoś - musisz wzywać dyżurnego lub kierowniczkę. Nie możemy sami nawet wycofać podwójnego produktu, nawet jeśli transakcja nie została jeszcze podsumowana. Samodzielnie możemy jedynie kasować. A teraz wyobraźcie sobie sobotę, godziny największego tłumu, wszystkie kasy idą jednocześnie, kolejki na pół sklepu, a Tobie nagle stanie kasa, bo jakiś czubek rozmyślił się, bo książka kosztuje o 3 zł więcej niż na stronie internetowej i on tego nie chce. Póki kierowniczka lub dyżurny się nie pojawi, możesz sobie co najwyżej podłubać w nosie albo pooglądać walkę kolegów z klientami przy sąsiednich kasach. 

Na chwilę obecną tylko to przychodzi mi do głowy. Zapewne z czasem może pojawić się więcej podpunktów zarówno w zaletach, jak i wadach. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że praca mi odpowiada, ale zamierzam zostać tam do września, do urlopu. Po powrocie z Chorwacji będę rozglądać się jednak za pełnym etatem oraz powrotem do zawodu. Mimo wszystko, umowa zlecenie nie jest umową na której chciałabym pracować i być uzależnioną finansowo od ilości wyrobionych godzin, które mam ograniczone. Idąc na urlop muszę liczyć się z mniejszym wynagrodzeniem, ponieważ wypadają mi 2 tygodnie pracy. To dobra praca na jakiś czas lub gdy mieszka się z rodzicami. Ja jednak nie mogę sobie pozwolić na taką opcję zbyt długo. 

7.5.17

Opowieści majówkowe

Majówka dobiegła końca, a wraz z nią rozpoczęłam czterodniowy maraton w pracy skutkujący tym, że moje stopy odmawiają współpracy i chodzę jak poturbowana kaczucha. A dzisiaj czeka mnie kolejna dniówka i naprawdę nie wiem jak ją przetrwam. Najwyżej powiem, że idę roznosić książki na regałach, a po prostu schowam się w kącie i będę udawać, że mnie nie ma. 
Ogólnie praca w empiku nie jest zła. Na chwilę obecną szczerze przyznam, że mi się podoba, zobaczymy z czasem jak się wszystko poukłada. Mam mnóstwo dni wolnych, zaledwie cztery trochę ciężkie dni w grafiku, reszta mega lajtowa, także nie ma co narzekać. 

Co do majówkowego odpoczynku, było super. Dwa dni na działce u znajomych sprawiły, że mój umysł w końcu odreagował, miałam wrażenie, że czas płynie wolniej, a tego właśnie potrzebowałam. W środę wybraliśmy się na urodziny - niespodziankę dla kumpla. Przebrani za Minionki. Bo przecież to nie były 27 urodziny dojrzałego mężczyzny... Przebierankom nie było końca, bo gdy tylko zniknął za rogiem rozbawiony bandą Minionów na ogródku, przydzialiśmy maski... właśnie jego. Wydrukowaliśmy jego twarz z najbardziej przypałowej imprezy i przerobiliśmy na maski. Efekt powalający, wierzcie mi. Gdy już myślał, że to koniec i ponownie zniknął w domu - wyciągnęliśmy maski z Króla Lwa. Wtedy to już wszyscy byliśmy popłakani ze śmiechu, zwłaszcza jak zaczęliśmy robić sesję zdjęciową w tych wszystkich maskach. 

Zrobiliśmy sobie też tripy rowerowe po Jurze, bo działka znajomych jest w tamtych rejonach i powiem Wam... rzeź. Góra, góra, a za górą... no góra. Całą drogę pod górę i miałam wrażenie, że powrót też był pod górę. Jak się w połowie drogi zatrzymałam chwycić oddech to od razu samolot w głowie i musiałam usiąść. Musiałam ciekawie wyglądać, taka spocona, dobita, ledwo oddychająca dziewczynka w dresie, półleżąca w rowie. Nikt mi nie pomógł, NIKT. Niewdzięczne kozy. 

Wyjątkowo mam mało zdjęć i na dodatek mało mnie satysfakcjonują. Także z lekkim poirytowaniem wrzucam kilka "spoko fotek", po czym lecę szykować się do pracy. Czy posiada pani kartę empik? Zachęcam do założenia... 


 
Designed by Beautifully Chaotic