28.6.17

Szczyrk | Klimczok

Wykorzystując w końcu wolny dzień, wyciągnęłam Pawła w góry. Niesamowicie potrzebowałam wyrwać się z domu, odpocząć od empiku i drących się pod oknem dresiarzy. Żałuję jedynie, że ten dzień tak szybko minął. Ale z wolnym już tak jest, mija sto razy szybciej niż zwykła dniówka w pracy. 

Z racji, że na Skrzycznym już byliśmy, zdecydowaliśmy się wybrać na Klimczok. Wprawdzie trasa nie była jakoś szalenie pociągająca, widoki ładne, ale mnie osobiście dupska nie urwały, mimo to cieszyłam się, że tam jesteśmy. Turystów było wyjątkowo mało, praktycznie w ogóle, także otaczała nas cisza i spokój. 

A dzisiaj wyjątkowo to Paweł narzeka na ból wszystkiego. Mnie wczoraj dopadł ból stopy i obu kolan, na szczęście rano czułam się jak nowa. No prawie, bo deptanie po twarzy od 5:00 przez diableskiego kota nie można nazwać relaksującym... 



25.6.17

#6

Praca w empiku coraz bardziej daje mi w kość. Przynajmniej w tym miesiącu, istne szaleństwo. Możnaby śmiało powiedzieć, że w czerwcu więcej czasu spędziłam w salonie niż we własnym mieszkaniu, a Pawła widywałam w nocy. Mam cichą nadzieję, że w lipcu trochę się to unormuje, bo wszyscy już zakończyliśmy sesję i nie będzie problemów z dostosowaniem wolnych dni. 

Jutro miałam mieć rozmowę o pracę na stanowisko sekretarki w jakimś nowym biurze w Tychach, ale po długich rozmyślaniach uznałam, że nie ma sensu znowu kombinować. Praca w empiku mi się podoba, mam świetnych znajomych, zaplanowany urlop i dostęp do zniżek. Dziewucha, z którą miałam spięcia na każdej zmianie zrezygnowała z pracy, więc moje życie zalane zostało tęczą i jednorożcami, a ja przejęłam po niej cały dział książki. Poza tym, nie każdego dnia ma się okazję spotkać kobietę, która przychodzi do empiku kupować pastę do zębów. Oczywiście, umowa zlecenie i ciągłe zmiany w grafiku to ogromny minus tej pracy. Doszłam jednak do wniosku, że najnormalniej w świecie nie chce mi się zmieniać kolejny raz pracodawcy, bo równie dobrze mogę trafić w gorsze miejsce i płakać non stop jak w poprzedniej firmie, gdzie robili ze mnie byle co. Obiecałam sobie, że dopiero po powrocie z urlopu zacznę rozglądać się za czymś konkretnym, już w moim zawodzie. No chyba, że zaproponują mi umowę o pracę w empiku. Wtedy będę się zastanawiać. 

Powoli wracam też do czytania. Coraz więcej wolnego czasu poświęcam na książki, pisanie i spędzanie czasu w sposób inny niż odświeżanie twittera co pięć minut. Od lipca zamierzam też przysiąść do angielskiego, nie można być przecież wieczną łopatą. Egzamin z angielskiego na studiach zdałam tylko dlatego, że babka testy drukuje z internetu, a my jeszcze przed zajęciami z nią mamy je rozwiązane. #studiamocno 


21.6.17

Wycieczkowo | Warszawa

Nigdy nie lubiłam Warszawy. Nie czułam ani grama chęci, aby tam pojechać. Nawet jadąc na koncert Block B., nie byłam specjalnie podekscytowana wizją spaceru po Warszawie. Ot, jarałam się jedynie, że zobaczę idoli. We wtorek, po długich awanturach i kombinowaniu jak osioł pod górę udało mi się załatwić wolny dzień w pracy i wybrałam się ze swoją drugą połówką oraz jego siostrą na eleganckie zadupie pod samą stolicą. Z racji, że siostra miała długie badania, my wybraliśmy się na spacer po parku Łazienkowskim, potem podjechaliśmy również na Stare Miasto. 
I wiecie co? Ale było łaaaaaadnie. Serio, pierwszy raz naprawdę podobało mi się w Warszawie i żałowałam, że nie mamy więcej czasu. Wprawdzie zdjęcia wyszły średnio, bo robiłam je w samo południe, a wiadomo, że to najgorsza pora na fotografowanie - mimo to, kilka prezentuje się w miarę spoko. Ogólnie wypadłam z formy i moje zdjęcia wyglądają okrutnie, ale no... w wakacje się poprawię, obiecuję! 

12.6.17

Śluby, śluby i po ślubach

Gdy w poprzednim poście pisałam o czarnym jak diabeł kociątku nie sądziłam, że to naprawdę diabeł. Nie tylko z umaszczenia. Mały potwór daje mi popalić, zdążyła mnie już doprowadzić do łez nawet. Jeśli kot tak szaleje przez pierwszy rok życia to może od razu spakuję walizki i ucieknę, wychowywanie kota zostawię Pawłowi, już raz to przeszedł. 

Ślub przebiegł szybko i bez problemów. Sama ceremonia trwała z piętnaście minut, ale cywilne już mają to do siebie. Generalnie pobyt w restauracji, a potem na działce sprawił, że wcale nie czułam się jak na ślubie. Wiadomo, musiałam walnąć podpis w księdze, bo świadkową byłam, ale to tyle. Dało mi to do zrozumienia, że to jednak nie jest ślub jaki sama chciałabym mieć. No, ale z czystym sumieniem oddałam D. po 18 latach znajomości w szpony małżeństwa. Niech im się wiedzie, są super parą. 

Sesja trwa, a moja nauka jakoś ugrzęzła. W sumie to się nawet nie zaczęła, nie oszukujmy się. W środę mam egzamin, potem dwa w sobotę i ostatni chyba za dwa tygodnie. Chyba, bo oczywiście mam problem nie tylko z koncentracją, ale pamięcią też. Starość nie radość, 24 lata to poważny wiek. God, ale jestem stara.  Gdzie te czasy młodości, mieszkania z rodzicami i narzekania na beznadziejną szkołę, za którą teraz niesamowicie tęsknię. Coraz częściej mam wrażenie, że gdybym miała jeszcze raz podjąć decyzję o wyprowadzce z rodzinnego domu to wcale by mi się tak nie spieszyło. Teraz jednak już za późno i muszę przywyknąć do obecnej sytuacji. 

9.6.17

#3

Wieczorem jedziemy po nasze małe, czarne jak diabeł kociątko. Jutro ślub, na którym jestem świadkiem, a sukienki wciąż leżą zwinięte na koszu w łazience. Nie wiem jaką wybrać, gdzie moja elegancka torebka i którym pociągiem jechać. Z wesela będę musiałą uciec na wykłady z PR-u, bo wykładowca wydawał się super gościem, póki nie pokazał swojego drugiego "ja". W niedzielę zamiast zgonować po weselu, będę musiała znowu jechać na uczelnię. Słabo. Panna Młoda chce mnie zjeść. Nie dziwię się, sama mam ochotę się zjeść.

Przetrwałam najgorsze dni w pracy, teraz już do końca miesiąca pełen luz. Dużo wolnego, co spowodowało, że zdecydowaliśmy się na dwudniową wycieczkę góry, Paweł nigdy nie był w Zakopcu, także tam obraliśmy kierunek. Pierwotny plan to namioty w Bieszczadach, ale coś poszło nie tak i wylądujemy w Tatrach. W hotelu. 

Najtrudniejsze przedmioty w tym semestrze zaliczone, pozostało mi kilka luźnych egzaminów i wakacje. Obiecałam sobie naukę języka obcego, oczywiście angielskiego, bo wstyd, żebym w tym wieku nie umiała się porozumieć. Nie pytajcie jak zdałam maturę, była na poziomie dzieci w podstawówce, nie ma innego wytłumaczenia. Mam English Matters, mam mnóstwo innych materiałów, trzymajcie za mnie kciuki. 

6.6.17

"Presja otoczenia nie pozwala na luksus bycia sobą"

Przez pewien czas czułam się dobrze, pod każdym względem ( no, pomijając ciągły ból kostki odkąd rozpoczęłam pracę w empiku. Nie wiem od czego, ale kuleję od pierwszego dnia ). Mniejsza o to. Ostatni tydzień był dla mnie jakiś bolesny, nie pod względem fizycznym. Bardziej psychicznym. Wystarczyły dwa spotkania ze znajomymi, rozmowy o pracy, przyszłości. Okazało się, że z całego towarzystwa tylko ja pracuję na niepełny etat, na kasie w empiku, za najniższą krajową. A inni? Duże firmy, poważne i znane marki, korporacje, wynagrodzenie takie jak u mnie za parę miesięcy pracy. Wiem, nie powinnam się porównywać. Ale to było silniejsze, zrobiło mi się przykro, że innym coś się udaje, osiągnęli o wiele więcej niż ja, a wcale nie są starsi ode mnie więcej niż trzy / cztery lata. Kierownicy, menadżerowie, doradcy wyższego szczebla. I ja, kasjerka. 
Czuję się gorsza.

2.6.17

"Czy zbyt długie roz­myśla­nie o życiu, życia nam nie zabiera?"

Dawno nie piłam herbaty, nie oglądałam serialu, nic nie pisałam. A przecież miałam czas, miałam ochotę. A może nie? Dni mi uciekają, gubię je pomiędzy pracą a czymś co zabiera mi mnóstwo czasu, a nie umiem określić co to dokładnie jest. Wydaje mi się od pewnego czasu, że jestem szczęśliwa. Mam przytulne mieszkanie, kochającego faceta, kota, który łaskawie przestał drapać moje łóżko, pracę, rodzinę, znajomych, plany na wakacje i studia. Ale nie jestem do końca pewna "jestem czy mi się wydaje?". Moje myśli w ostatnich dniach krążą od kotka, którego odbieramy w niedzielę, poprzez pracę, sesję, wesele a tym co chciałabym robić. Bo przecież nie mogę całe życie plątać się od sklepu do sklepu. Weź się za język obcy, tępa dzido. Nauka. Ciągnie mnie, mam chęci, motywację, siłę. Dopóki nie siądę na dupsku i nie spojrzę na notatki czy inne materiały. Dużo tego. W co wsadzić ręce? W paczkę chipsów.  Natłok tego wszystkiego czego chciałabym się nauczyć zupełnie wybija mnie z rytmu i zamiast rozplanować dziedziny, skupić się na konkretnej rzeczy, ja uciekam ze smutem, chowając się pod kocem przed telewizorem. Coś we mnie się pląta, rzuca między wnętrznościami, ale chyba nie do końca wiem co. Siadam rano przy biurku, patrzę na tablicę korkową i przyklejone do niej kartki. Egzaminy, grafik do pracy, lista rzeczy jakie muszę zrobić. Wisi, kurzy się. Patrzę, ale jakby nie widzę. Chcę, ale jakby nie chcę. I tak cały czas, jak gdyby to co pochłania mój wzrok nie dochodziło do mózgu, nie wydaje komend. Zapadam się w sobie, odsuwam od życia i z lekką konsternacją obserwuję je zza zasłony. 
Jestem, ale mnie nie ma. 
 
Designed by Beautifully Chaotic