24 marca 2018

Przeprowadzka do obcego miasta | Tychy

Od dziecka marzyłam o przeprowadzce. Dziwne? Może tak. Kocham zmiany i myśl o czymś nowym, tak drastycznie zmieniającym codzienną rutynę niemal doprowadzała mnie do szaleństwa. Pierwszy raz miałam okazję przeprowadzić się dopiero w wieku 20 lat. Wtedy jeszcze z rodzicami zmienialiśmy dzielnicę. Z centrum miasta przenieśliśmy się na obrzeża, gdzie panuje cisza i spokój. Byłam wniebowzięta! Ani trochę nie tęskniłam za starym mieszkaniem czy okolicą - bo właśnie zmieniłam swoje życie. Nowy pokój, meble, ogródek pod balkonem. Tak sobie żyłam parę lat. 

A potem stało się. Poznaliśmy się w Sylwestra, na którego zaprosiła mnie przyjaciółka. Znaliśmy się z opowieści naszych przyjaciół (moja przyjaciółka jest narzeczoną jego przyjaciela, a kuzynka Marty chodziła z nim do klasy, ogarniacie, prawda?). Ale dopiero po wielu latach pojawiła się okazja na bezpośrednie spotkanie. Miesiąc później byliśmy razem. Dziesięć miesięcy później - razem mieszkaliśmy. Wszystkich to zaskoczyło. My jednak byliśmy uparci. Na początku przeprowadziliśmy się do Zabrza, miasta gdzie pracowała moja druga połówka, mimo że naszym celem były Tychy, jego miasto. Nie umiałam jednak funkcjonować w Zabrzu. Byłam tam zupełnie sama, miałam problemy z pracą, nikogo znajomego, a rodziców daleko. Miasto brzydkie, bure i takie... obce. Czułam się tam jak intruz. Wytrzymaliśmy trzy miesiące, a potem ku pomocy rodziny, praktycznie z dnia na dzień przeprowadziliśmy się do Tychów, mieszkania dwukrotnie mniejszego, ale od pierwszego wejrzenia się w nim zakochałam. 


Tychy to nie duże miasto, oddalone od Katowic o 15 minut drogi samochodem, a od Bielska Białej może z 40 minut. Nie ma ścisłego centrum, wszystko jest rozrzucone po całym mieście, ale też nic nie jest daleko. Mieszkamy tak blisko lasu, że wystarczy 10 minut, aby cieszyć się spokojem. Pomiędzy osiedlami są parki, skwery albo mały rynek z ogromną fontanną. Po drugiej stronie miasta Paprocany, jezioro z plażą, kawiarnią, atrakcjami dla osób w każdym wieku, a po przeciwległej stronie rozciągają się łąki oraz las. 

Przeprowadzka dała mi również znajomych. Praca w empiku miała to do siebie, że od razu poznawałam dużą liczbę osób. Ekipa się zmieniała, a moje znajomości się powiększały. Po roku mieszkania w obcym mieście (w którym już czuję się lepiej niż kiedykolwiek w swoim rodzinnym) mam garstkę cudownych znajomych, a na osiedlu obok przyjaciółkę (którą znam od dzieciaka i zawsze marzyłyśmy o tym, aby mieszkać obok siebie - ona z innego miasta, ja z innego - i co? udało się!)
Udostępnij:

1 komentarz:

  1. Lubie zmiany otoczenia. Przeprowadziłam się samodzielnie dwukrotnie już, ale standardowa pensja i wynajmowane mieszkanie nie idą w parze. Każdorazowo szybko wracała w rodzinne strony. Po prostu nie jestem stworzona do życia dla domu i pracy wyłącznie, oraz życia od pierwszego do pierwszego. Myślałam też, że w parze będzie prościej, ale to nie prawda.

    Zaprojektowałam więc sobie plan idealny na przeprowadzkę i szanse na adekwatny do tej sytuacji zarobek. Chciałam wynieść się na Mazury, wszystko już dokładnie ułożyłam sobie w głowie i w sercu, niestety polska rzeczywistość boleśnie strąciła mnie na ziemię. A raczej strącała co i rusz, jak tylko już, już miałam wyjechać... Więc jak ta sójka, co za morze wybrać się nie mogła, ja jedynie marzyłam o szczęśliwej wyprowadzce.

    Udało się dużo później za granicą.

    Zadziwiasz mnie. Byłam w Zabrzu nie jeden raz, po tydzień z reguły. Mnie ono zachwyciło piękna zabudowa, piękne zakątki zielone, ogólnie odnalazłabym się tam, gdybym miała się przenieść na Śląsk. Odległość od rodziny mi nie przeszkadza, jest telefon, jest Skype, widzimy się co najmniej dwa razy w roku, gdybym mieszkała w jakimkolwiek mieście w Polsce, naturalnie widywalibyśmy się znacznie częściej. A znajomych to samo się narobi zawsze, nie wiesz nawet kiedy. We własnym kraju nigdzie nigdy nie czułam się jak intruz. Zawsze wyprowadzając się, rozpoczynałam życie w innym mieście.

    Moja przyjaciółka jest z Zabrza, też marzyłyśmy, aby mieszkać bliżej siebie, a teraz mieszkamy w różnych krajach. Nie zawsze wychodzi tak jak się chce.
    Zdjęcie piękne, kocham jeziora i małe rozlewiska.

    OdpowiedzUsuń